Subiektywny,co zrozumiałe.Czasem w słodko-mdlącym zaściankowym sosie.Czasem liryczny,lecz bez aspiracji.Na ogół codzienny i dość nudny.Kobiecy ze wszystkimi konsekwencjami.Mój.
Kategorie: Wszystkie | pamiętnik osobisty
RSS

pamiętnik osobisty

czwartek, 20 lipca 2017

Pozwalam się nieść codzienności.
Myślę nawet, że określenie "pozwalam" jest nieco na wyrost, bo zakłada istnienie pewnych przemyśleń i świadomych decyzji. A tak nie jest. Rano patrzę bezrefleksyjnie na sosnę w oknie balkonowym sypialni, co jest o tyle dobre, że nie zaczynam dnia od myśli gdzieś tam kołaczącej "co ty robisz tu"... W ciągu dnia nabijam kilometry w płaszczyźnie pionowej i poziomej domu. Lotnisko. Stukanie butów na posadzce jest niczym wyznaczający rytm metronom. Przystaję przy oknach, siedzę na tarasie, gapię się. Nie wypatruję, nie przyglądam się. Gapię się. Pętam się, bo nie mam swoich miejsc, mimo że wszystkie są moje.
Wiem, że nawet bez mojego świadomego udziału, pracują we mnie pewne siły, które zwalczają mgliste przekonanie, że z tamtym domem odeszły moje dzieci, całe ich dzieciństwo, dorastanie, wszystko to, co mnie łamało i podnosiło, moja tożsamość. Na nowej jeziornej działce nie ma domu i jeszcze długo nie będzie, co jest zresztą bez znaczenia. Niedaleko stoi tamten. Dużo się tam dzieje, zmiany. Odwracam wzrok, patrzę na swoje nowe jezioro, nową linię brzegową, nowe niebo. Kładę się na plecach i obserwuję teatr obłoków. "Wszystko płynie" - na niebie i na ziemi, przepływa, umyka, mija, przecież to takie naturalne.
Zaliczyliśmy drugie z kolei wesele, tym razem w Śremie. Bawiłam się doskonale, co, paradoksalnie, też jest wykładnikiem mojego aktualnego dryfowania. Podobnie jak to, że do Śremu wybraliśmy się bez jakiegokolwiek dokumentu tożsamości, bez praw jazdy, dokumentów auta. Wszystko grzecznie leżało na stoliku, co ze zdziwieniem zauważyliśmy, wchodząc do domu w okolicach czwartej rano...

Dziękuję losowi za M. To moja latarnia morska, busola, kompas, punkt odniesienia, constans. W przyszłym roku chcemy ufetować dziesięciolecie naszego  wspólnego życia. Myślę, że to najszczęśliwsze dziesięć lat w całym moim dorosłym życiu. Czy to nie wystarczający argument, aby starać się patrzeć na  wszystko przez ten właśnie pryzmat...?




czwartek, 22 czerwca 2017

 

... z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Myślałam, że "nie dla mnie szum samochodów", ale jak się okazuje, dla mnie. Czy tego chcę, czy nie. Do niedawna otwierałam oczy w letniej, magicznej porze przedświtu i widziałam w oknie i otwartym balkonie ciemne rysunki drzew. Ucho nieśpiesznie rozpoznawało pojedyncze, zaspane jak ja, głosy ptaków. Wiedziałam, który należy do kosa, a który do drozda, o ćwirach już nie wspomnę...

Teraz będę mogła specjalizować ucho w rozpoznawaniu marek samochodów. Pora wdzierania się bodźców słuchowych do świadomości pozostaje mniej więcej ta sama. Rysunki drzew, którymi obsadzona jest ulica, będzie mógł kontemplować M, jeśli akurat otworzy oczy o tej porze. Z mojego miejsca w sypialnianym łożu widzę tylko fragment okna, a zamiast drzew zawiły rysunek dębowych słojów boazerii na skosie i suficie...

Nienawidzę zlewozmywaka w kuchni, nie taki miał być.

Uwielbiam pokój telewizyjny, cały w drewnie, z okienkami w skośnej połaci dachu, wychodzącymi na zachód. W salonie telewizora niet i bardzo mi z tym dobrze.

I uwielbiam ogromny balkono-taras przy salonie, z sercem przeze mnie urządzony, zagospodarowany roślinami i światełkami, z którego lubię znad książki popatrywać na ogród i psy.

Czuję się nieco dziwnie w te długie czerwcowe dni. Krótkie noce kończą się, ledwie się zaczęły. Otwieram oczy na długo zanim odezwie się alarm w telefonie. Widzę rąbek jaśniejącego szybko okna i pokręcone ścieżki na ciepłym brązie desek. Słyszę narastający szum nadjeżdżającego samochodu - już dokądś pędzi, a może dopiero wraca...? Wtulam nos w plecy M, może jeszcze zasnę...

 

Nazywam je okienkiem snajpera. Włażę na kanapę stojącą poniżej i tak sobie stoję i się gapię...

poniżej - niebanalny widok z sypialnianego balkonu Zdaje się, początek cyklu ;)

Pelargonię kupiłam taką sobie, pierwszą lepszą. Odwdzięcza się pięknie za wodę z wsadem.

A to róże sąsiada, które wiedzą, co dobre i hurtowo przełażą przez pręty ogrodzenia na naszą stronę. My się cieszymy, a sąsiad je nocą przycina. Poza tym jest w porządku.


środa, 24 maja 2017

 

Dziwny ten dzień, słodko-gorzki. Ożywia wyrzuty sumienia za zakurzone zaniedbania, choć kto oczekiwałby refleksji u kilku, kilkunastolatki...? Żyje się z dnia na dzień, najpierw wypełnia się polecenia Pani, smaruje się laurkę, posłusznie składa się nieudolne życzenia. Potem, kilkunastolatka, ciągle jeszcze płaska, jak deska, pośpiesznie, zdawkowo cmoka ''starą" i już przebiera nogami, bo przed domem czekają chichotliwe, równie płaskie koleżanki i pryszczaci kumple...

To dzień dla bardzo dojrzałych matek i ich równie dojrzałych dzieci. Córek, które same są matkami i niejedną spektakularną klęskę w życiu przeżyły. Nigdy nie myślałam tyle o Mamie i Ojcu, gdy żyli. Potem myślałam niemal obsesyjnie. Nadal tak jest. Wspominam, analizuję, dokonuję odkryć, rozumiem.

Dwa przeciwieństwa, tak wizualnie, jak i charakterologicznie. Tak różni, że chyba tylko imię mieli wspólne. A ja pomiędzy. Tak naprawdę, oni cały czas są ze mną.

Z wiekiem dużo rzeczy mi obojętnieje. Obce mi jest emocjonalne, spędzające sen z powiek, chcenie tego czy owego. Przemawia do mnie i uspokaja mozolnie wypracowana konkluzja, że nie można mieć wszystkiego, a i tak, to "wszystko" szczęścia nie daje. Bardzo długo uważałam, że mój Ojciec był kimś w rodzaju abnegata, bo z konkluzją, do której ja doszłam dość późno, on chyba przyszedł na świat. Zrealizowany w życiu zawodowym, pracoholik technokrata, w domu nie potrzebował niczego poza fotelem ( w którym zasiadam, gdy mam korki z angielskiego), fajką z tytoniem Amfora, magnetofonem Tonette, na który nagrywał bardzo mnie wtedy irytujące jazzowe kociokwiki, płytami z muzyką poważną i hałdami książek. No i do tego jeszcze święty spokój. Zauważam, że idę w tę stronę. Chociaż nie palę fajki i nie mam Tonetki, tkwi we mnie idea i potrzeba świętego spokoju na pogrążanie się w swoim świecie.

U Mamy nigdy takich tendencji nie było, co więcej, walczyła z nimi u Ojca, a także u mnie, choć pewnie wtedy były ledwo zauważalne. Z Ojcem łączy mnie też podobieństwo w relacjach z ludźmi. Tak, jak on, nastawiona jestem na słuchanie i nie lubię się rozgadywać. Mam skłonność do udzielania aptekarsko wyważonych odpowiedzi ze skoncentrowanym przekazem i wkurza mnie, gdy ktoś tego nie rozumie, lub oczekuje więcej. Dokładnie taki był Ojciec, także w stosunku do mnie. Stawałam z rozdziawioną japą i analizowałam przekaz, przyswajałam, realizowałam i zachwycało mnie kiwnięcie ojcowską głową w geście aprobaty.

Ciągnie mnie też w kierunku ascetyczności Ojca. Nie tolerował wzorzystych zasłon, firanek w esy-floresy, obrusów we wściekłe wzory, a takim były wszystkie, które były choćby zauważalne. Odpadały też ściany w rzucik i wszelkiego rodzaju durnostojki. Z durnostojkami, przyznaję, poszłam jednak w Mamę, podobnie jak z kuchnią, w której wcale nie ma pustych blatów, a na parapecie wcale nie króluje ulubiona Ojca, schludna, oczywiście pojedyncza, sansaweria. Tak... Ojca rozumiałam bez słów, czułam, akceptowałam. Bez wątpienia byliśmy pokrewnymi duszami.

Mimo całej miłości nie mogę tego powiedzieć o Mamie. Wtedy była to trudna miłość. Dopiero w dorosłym życiu zrozumiałam, że nie było jej z nami lekko i mogła czuć się zepchnięta na margines. Była kolorowym, rozśpiewanym, rozgadanym ptakiem, ze szwankującą organizacją dnia codziennego. Produkowała chaos, ale poruszała się w nim sprawnie i bezstresowo, w odróżnieniu od nas. Dom był wypełniony głosem Mamy, nieustannymi pytaniami i ponagleniami do odpowiedzi, zawsze niezadowalających. I sporo krytyki, bo sama z wybitnie ścisłym umysłem, dawała upust rozczarowaniu, że córka nie do końca taka ścisła...

Mam Jej głos i sposób chodzenia. Tak jak Ona, wolę zrobić pieczeń, niż upiec ciasto. Tak, jak Ona śpiewam na głos w domu, ale tylko wtedy, gdy jestem sama. Tak, jak Ona, uwielbiam Sinatrę. Matką jestem zupełnie, zupełnie inną... I to jest bez znaczenia, bo brak mi Jej tak bardzo, że czasami brak tchu. A obraz Ojca z fajką, zatopionego w fotelu i patrzącego na mnie ponad książką, uspokaja mnie w rozedrganych chwilach.

Bardzo chaotyczne te migawki, choć obszerne, zważywszy moje standardy. Ślizgam się po temacie, który jest początkiem życia i życiem całym. Odbiór czytającego i tak będzie inny od obrazu, z którym zostałam. Nic na nim nie wyblakło. Nie ubyło miłości, przybyło tylko zrozumienia i żalu.

                         



czwartek, 04 maja 2017

 

Nie będę utyskiwać na brak grillowej pogody w majowy weekend, bo zewsząd robią to inni. Osobiście, majowe dni spędziłam w rozjazdach, a na drogę zdecydowanie wolę pochmurne niebo, więc byłam wręcz zadowolona. Byłam w Olsztynie i w Pabianicach, a wszystko to w bezpośrednim sąsiedztwie Janowa. A Janów za Częstochową. Odkryłam, bo nie miałam pojęcia o jego istnieniu, super relikt - ruiny zamku w Olsztynie. Plułam sobie w brodę, że polecieliśmy zdobywać szczyty, a telefony zostały w aucie. Nie uwieczniliśmy więc ani ruin, ani siebie na tle, ani nawet nie wydrapaliśmy ''byłam tu''...

Ruiny ruinami, a efektem podróży bardzo konkretnym jest 8-tygodniowy Rej, który, mam nadzieję, wyrośnie na wielkiego leonbergera, tak wielkiego i pięknego, jak nasz champion Drimek.

Aby dać świadectwo prawdziwości powiedzenia, że lepszy wróbel w garści niż coś tam, podróż odbywałam właśnie z wróblem, niejednokrotnie w garści. Znalazłam Ćwira osiem dni temu, malutkiego i golutkiego, bardziej podobnego do robala ze skrzydełkami, niż do ptaka. Wzięłam go bez nadziei, że go wyratuję, karmiłam i poiłam co dwadzieścia minut. Teraz jest luz, bo wystarczy co pół godziny, niemniej z tego względu i tak musiałam Ćwira wziąć ze sobą. Ćwir wyrósł i jak należało się spodziewać, okazał się wróblem. Jest już dość opierzony, poznaje mnie i przepada za siedzeniem w dłoni. Gdy przyjdzie pora na naukę latania, chyba trzeba będzie poglądowo ze stołu skakać...?

Końcówkę pierwszego majowego weekendu spędzam na przekonywaniu Reja, że nie musi skomleć na całą ulicę z przyległościami, co momentami mi się udaje. Niestety, mimo wysiłków, nie udaje mi się przekonać Ćwira do zaprzestania ćwierkania, więc chwilowo żywię niechęć do wszystkiego, co wróbla przypomina.

I jeszcze jedno, na jednym palcu, bo czas mnie goni. O tym, że przepadam za bolesławcem, przynajmniej wybranymi wzorami, wszyscy tu bywający, wiedzą. Ostatnio wynalazłam na allegro takie coś, marokańskie, tunezyjskie, arabskie itd i mi z głowy wyjść nie może. Tańsze niż bolesławiec, 23 cm średnica. Czy to ładne? Kupić? O radę proszę :)

 


 


sobota, 22 kwietnia 2017

 

Poza tym, co w ciągu tygodnia wpadnie mi w ręce, większe sprzątanie urządzam zazwyczaj w piątek. Żadnego kurzu na półkach i w kątach, parapety i podłoga, jakby kto chciał, do lizania, kanapa, fotele wysunięte, pod nimi wymyte. Sprzątać lubię, a w trakcie pogrążam się w refleksjach, niejednokrotnie konstruktywnych nad życiem swoim, tudzież szerszą ontologią i jestem chora, jeśli tego cotygodniowego, wielowymiarowego rytuału nie dopełnię.

Jednakowoż ta zależność nie implikuje faktu, że cieszę się zdrowiem idealnym. Skądże. W tej chwili piszę te słowa i czuję się chora, bo nie posprzątałam. Dla niewprawnego oka, należącego np do odwiedzającej mnie osoby, otoczenie może i wygląda na całkiem ogarnięte, ale ja WIEM. Wiem, co się kryje tu i tam, co jest pod i za. Wiem i choćbym nie wiadomo jak logicznie przemawiała do się, jestem podtruta i robi się do bani. Czasu nie było i teraz też nie ma. Tyle, co kot napłakał, starczy żeby tu postukać i szlus.

Poza tym aspektem choroby duszy, męczy mnie też całkiem fizyczna choroba zatok. Prymitywna i upierdliwa. Chodzę z zapłakanymi oczami i miną, jakby reszta rodziny wybrała się na przymusową eskapadę na Sybir, co najmniej. Kto to ma, ten wie.

Inną odsłoną choroby, łączącą duszę i somę, jest niemal codzienna konieczność obcowania z osobą, która odnalazła sens życia w pisaniu na nas donosów do władz rozmaitych i szczebli wszelakich. Stąd nękanie nas wizytacjami, inspekcjami i wezwaniami w celu okazania. Frustracja osoby uprzejmie donoszącej musi eskalować, bo każda kontrola wykazuje, że wszystkie papiery, zezwolenia, dokumentacje, terminy i opłaty są w największym porządku, może dlatego, że pilnuję tego na co dzień, nie tylko w piątki. Niemniej, zastanawiam się, co jeszcze można u nas urzędowo skontrolować; nad nowym jeziorem zostaliśmy urzędniczo i komisyjnie prześwietleni, hodowla psów odbywa się w warunkach wręcz laboratoryjnych i nie ma, że coś się znajdzie tu i tam, pod i za. Skarbowy też się nami nie interesuje, oby na wieki wieków, amen. Czekam, co dalej, a póki co, osobę mam jakby w życiorysie i w tym jej zwycięstwo.

A co poza tym?

Po raz kolejny stwierdzam, że więcej nadchodzenia świąt, które ciągle się zbliżają, niż samych świąt. Pęknięty balonik i przerost formy nad treścią, ot co. I do tego wiadomo, że za parę miesięcy będzie dokładnie tak samo.

I ta wiosna, kąsająca i nieżyczliwa taka...

Coś tam oglądam, nie pamiętam co, bo zasypiam, ale udało mi się przeczytać "Dlaczego nie" Henryki Chałupiec i utonąć w minionej Warszawie, oraz "Królowe rywalki" Nancy Goldstone, które to pozycje z czystym sumieniem polecam. No i oczywiście jeszcze Jakub Żulczyk! Po prostu rewelacja, przeczytałam duszkiem w jedną dyżurową noc M. Wygooglowałam sobie inne pozycje tego autora, ale już wiem, że poprzestanę na tej jednej - "Instytut". Koniecznie...!





niedziela, 02 kwietnia 2017

 

Nie wiem, czy to instytucja małżeństwa niesie ze sobą element destrukcji, jak niektórzy utrzymują, czy to ja jestem jej nosicielem. Zastanawiam się nad tym, gdy zauważam u siebie brak rozczulenia na widok znów rozsypanego cukru na blacie kuchennym, natomiast wyraźnie zauważam i wręcz słyszę jęk rezygnacji, z którym przestawiam duperele, aby wszystko dokładnie zmieść. Przestało mnie rozczulać zapryskane pastą do zębów lustro i pianka do golenia ze znów zagubioną zatyczką, nie odstawiona na półkę.To i cała masa innych innych szczegółów, ni stąd ni zowąd, przestała mnie rozczulać. I jest mi żal, bo wolałam siebie z tym całym idiotycznym rozczuleniem. Chyba lepsza przez to byłam i żyło mi się w codziennym gąszczu lepiej.

Nie zamieniłam się w królową lodu, absolutnie nie. Nadal jest sporo sytuacji z M w roli głównej, które mnie rozczulają. Staram się na to chuchać i dmuchać, bo bardzo boję się zimna w sobie. Wszystko jest jeszcze ok, póki na widok swojego nosa znów malowniczo otartego podczas wtulania się w owłosioną pierś M, z rozczuleniem się uśmiecham i kreatywnie nakładam maskujący makijaż.

Istnieje fatalna zależność pomiędzy poziomem rozczulenia, a trybem życia, jakie prowadzimy. W marcu M spędził jedenaście dni na dyżurach, czyli 1/3 miesiąca byłam sama z całokształtem spraw na swojej, czasami mniej, czasami bardziej blond głowie. W międzydyżurowych antraktach jest spiętrzenie pacjentek, więc też na M liczyć nie można. Późny wieczór wygląda tak, że M odreagowuje nieprzespany zazwyczaj dyżur i następny dzień intensywnej pracy, i zasypia pomiędzy jednym, a drugim kęsem kolacji. Jakby ktoś wątpił, zapewniam, że to możliwe. Wyjmuję mu wtedy widelec z ręki, podkładam poduszkę pod opadniętą na ramię głowę i ocalam te minuty szybkiego snu, bo dla M nawet te minuty są istotne. Telefon może się odezwać w każdej chwili wieczoru i nocy. (w tym czasie eks się opala w Portugalii z kolejną , ale już-nie-dziunią, co radośnie dokumentuje na fotach rozsyłanych tu i tam.to zupełnie rozłączny wszechświat, zresztą on mnie nigdy nie rozczulał)... Ale idzie ku lepszemu, bo w kwietniu już nie jedenaście tylko marne dziesięć dyżurów.

Biorąc wszystkie realia do kupy i przepisowo stojąc nogami na ziemi, nawet gdy głowa w niebieskich, wiosennych obłokach, ruszyłam samotrzeć z ogrodową i inną outdoorową aktywnością, pomnożoną, oczywiście, razy dwa. Po pierwszej sesji, której wymierną korzyścią było zainhalowanie się świeżym powietrzem, wczołgałam się na górę do sypialni, schowałam dumę, wywiesiłam białą flagę i telefonicznie zaapelowałam do Malinka o pomoc. Przyjechał wczoraj bladym świtem i oferował mi  bezcenną siłę swoich mięśni. Mimo , że ze schyłkowym zaziębieniem, zakatarzony, ale błyskawicznie rozprawił się z tym, co mnie zajęłoby kilka dni, co najmniej. (swoją drogą, przedziwne, że moje dzieci, mimo rozdzielenia, oddalenia, nadal chorują w tym samym czasie- Bzdurka też akurat pokonana przez migdałki zatoki itd. przecież nie bliźnięta) Malinek poświęcił mi niemal cały dzień, po czym pogalopował, co koń mechaniczny wyskoczy, bo w dużym mieście P czekała na niego przedwieczorna randka nad Wartą.

M, podczas krótkiej kolacyjnej przerwy w ramach dyżuru, wpadł, szybko zanotował rzucające się w oczy zmiany w otoczeniu ogrodowym i okołodomowym i gdy spojrzał na mnie, w jego oczach, oprócz wszystkiego innego, było rozczulenie. On z tym nie ma problemu...

P.S. Poniżej- będzie nowa furtka do nowego, choć tego samego jeziora. Czy ktoś pamięta tę jeszcze aktualną... ? :)




czwartek, 16 marca 2017

 

Tego mi było trzeba.

Kurs był wyjątkowo bogaty w imprezy towarzyszące i ich oprawę. Szczególnie występ skrzypaczki, sklonowanej Vanessy Mae, zachwycał muzyką i laserowymi efektami. Zachwycała też sama sklonowana Vanessa. Panowie, nie wyłączając M, rzucili się jak jeden mąż do swoich fonów i ajfonów, i wytrwale zapisywali efektowny występ. Kolacja inauguracyjna, nie mniej efektownie podana, porażała wykwintnym menu, jednakowoż za wyszukanymi nazwami kryły się całkiem zwyczajne, żeby nie powiedzieć -pospolite- smaki, dozowanych w aptekarskich porcjach potraw. Miało to tę dobrą stronę, że nikt się nie przejadł, a jeśli nawet nie dojadł, to dopił. Tu nie było ograniczeń żadnych, poza indywidualnym zapotrzebowaniem, tudzież odpornością.


Nasyciłam się towarzysko może nie za wszystkie czasy, ale z pewnością za jakiś czas wstecz i nawet trochę do przodu. Kilkakrotnie, bo i z moją krakowską Przyjaciółką, i ze znajomymi z Polski spotkanymi na kursie, odwiedziłam moje ulubione Cafe Zaćmienie. Miejsce to najszczerzej polecam tym, którym po drodze, a którzy jeszcze tam nie trafili. Inne, które odwiedziłam, to Zaułek Niewiernego Tomasza, które polecam również, szczególnie tym, którzy są odporni na dym papierosowy. Ja należę do tych średnio-mało odpornych, a ta bardzo klimatyczna knajpka klimatyzacji zdecydowanie nie ma.

Wróciłam już do swojej rzeczywistości, ale sił jakby więcej. Zatrzymują wzrok i cieszą najmniejsze przebłyski wiosny Wczoraj, ku swojemu zdumieniu, widziałam trzy bociany w locie skądś dokądś... czy to już ten czas ...? W ogrodzie tulipany pchają się na świat, łodygi na krzewach wyraźnie się zielenią, chce się żyć.

I chce się podganiać sprawy z nowym adresem, które niby idą do przodu, ale tempo ciągle spowalniają bardzo obiektywne okoliczności. Niemniej, kuchnia jakby już podrasowana, bo z założonym blatem, podłączoną płytą indukcyjną i działającym zlewozmywakiem. Zlew przyszedł inny niż chciałam, ale już nie mam siły walczyć z oporną materią handlowców, nie słuchających, ani nie czytających ze zrozumieniem. Niech se będzie.

I chce się czytać. Gdy M jest na dyżurze i nie usypiają mnie jego ramiona, funkcję tę przejmują słuchawki, przez które jakiś fajny głos czyta mi audiobooka. Polubiłam to, mimo że jestem zdecydowanym wzrokowcem. Z moich namacalnych i będących w aktualnym czytaniu książek, bardzo, bardzo polecam ''Silva rerum''. Jestem już na finiszu i już mi żal, że już... Koniecznie...! Ostatnimi czasy zaliczyłam też cały dorobek Asy Larsson, którą teraz zdecydowanie stawiam na pierwszym miejscu prywatnej listy ulubionych skandynawskich speców od kryminałów.

Oglądać też się chce. Ostatnio hurtowo oglądałam serial "Młody papież" z Judem Lowe w roli tytułowej. Pozostając przy serialach, wchłonęłam wszystkie sezony Mostu nad Sundem, które Bzdurka mi onegdaj zgrała i wygodnie umieściła w laptopowych otchłaniach. Takie klimaty lubię ! ( Na "Sztuce kochania" byliśmy z M, byliśmy oczywista...)

Pozostając w tym temacie i przy chęciach, jako że chce się i to, i tamto, i coś jeszcze, przyznać muszę, że to cudowny stan, chcieć... Wiosna, nie inaczej !



niedziela, 26 lutego 2017

 

Osacza mnie codzienność. 

Stępia moje zmysły, tłumi chęci, wyłącza wyobraźnię, odbiera znaczenie wspomnieniom. Deszcz wcale nie dzwoni nostalgicznie o szyby, tylko upierdliwie leje. Świat nie pachnie przepowiadającą wiosnę wilgocią, tylko mokrymi psami, które wkrótce trzeba będzie taśmowo kąpać po zimie. Nie wiem, czy będzie przy tym kupa zabawy, pewne jest za to, że znów będę łykała coś tam na ból kręgosłupa.

Jedynym relaksującym momentem są nocne powroty do domu. Jadę pustymi już ulicami, światła latarni tworzą hipnotyczny tunel, w ciemności auta miękko osiadają dźwięki ulubionej muzyki... To niemal intymne porozumienie z opustoszałym miastem, pustą drogą i nocą.

W domu nie umiem już delektować się miękkością dywanu pod bosymi stopami. Energii mi starcza na wskoczenie w domowy dresik, jak automat robię późną kolację, zmuszam się, aby zrobić demakijaż i wziąć prysznic. Głowę mam nabitą jutrzejszym dniem, który w międzyczasie rozpisuję na karteczkach. Zasypiam natychmiast, bez myśli, bez refleksji, wtulona w M.

Myślałam, że zrelaksuję się na ślubie i weselu, które nam się po drodze przydarzyło w rodzinie M. Mogłoby tak być, gdyby los nie postanowił obdarować mnie aftami w tym właśnie terminie.Nigdy tego wcześniej nie miałam, to podobno spadek odporności i stres. Jakżeż to boli...! Młoda para, tak czy owak będzie szczęśliwa, bo obrączki sprawili sobie u tego samego jubilera w Zabrzu. Bardzo mnie ucieszyło, że chcieli mieć taki sam model, który my szczęśliwie nosimy.


W czwartek wyjeżdżamy z M do Krakowa. Zaliczamy kurs, ale co ważniejsze, gościmy się u mojej Przyjaciółki. Może ona postawi mnie do pionu, bo jeśli nie, to pozostaje tylko rezygnacja z części obowiązków ( których?!?!), albo antydepresanty. Albo niech mi Ktoś mądry da wirtualnego kopa, żebym się ogarnęła, doprawdy...


środa, 18 stycznia 2017

 

Wczorajsza nocna mgła, która skutecznie utruła mi powrót do domu, od rana wyczarowała widoki jak z bajki. Mój ogród wyglądał jak plan zdjęciowy filmu o Królowej Śniegu, nawet ciemne pyski psów, owiewane oddechem, wyglądały jak po nurkowaniu w zaspie. Do miasta jechałam koło za kołem z powodu ślizgawicy, ale dzięki temu miałam czas na niczym nie skrępowaną egzaltację i zachwycanie się drzewami i misternymi koronkami kutych ogrodzeń pokrytymi grubym kożuszkiem szronu.

Taką zimę lubię. Już się cieszę na drogę powrotną, na gorącą herbatę z cytryną, pitą ze wzrokiem błądzącym za oknem. A za oknem biała równina, jezioro nostalgicznie skute lodem. Bardzo mi to działa na wyobraźnię... W weekend wybraliśmy się do znajomych, parę domów dalej, ale zamiast iść ulicą, poszliśmy po zamarzniętym jeziorze. Cały czas myślałam o przeręblach wycinanych przez wędkarzy i gdy już dotarliśmy do celu byłam tak zmęczona, że najchętniej wróciłabym do domu.

W poświątecznym międzyczasie sfrunęła do nas ze szwedzkiego nieba córka Bzdurka. Święta spędzali u szwedzkich rodziców, w tym roku kolej na nas. Będą to pierwsze święta na nowym adresie, chyba cały rok mi zejdzie na dopieszczaniu szczegółów. Bzdurka rozejrzała się po włościach swoim krytycznym okiem i stwierdziła, że póki co, to jesteśmy w (...), ale sprawy idą w dobrym kierunku. No...!

Natomiast w bardzo złym kierunku idą sprawy Eksa, który ewakuuje się ze związku z Dziunią. Od razu mówię - nie czuję satysfakcji, wręcz mi go szkoda. Taka jakaś miętka się zrobiłam, ot co. Dla równowagi więc wspomnę, że czytam aktualnie "Na szafocie" Hilary Mantel, tej, co napisała "W komnatach Wolf Hall". Epoka Tudorów oczywiście i oczywiście polecam.

Na zakończenie- moja radocha. Cieszę się jakby, nie przymierzając, najmojsza wnuczka to była. A to córeczka siostrzeńca M, nasza wigilijna Kornelka :)

        !!! :))

 


 


czwartek, 15 grudnia 2016

... co widać, słychać i czuć.

Choć zdaję się mieć wszystko w temacie grudniowym pod kontrolą, to nie opuszcza mnie podejrzenie, że kontroluję tylko to, co pamiętam, a o całej masie rzeczy zapomniałam. Samonakręcająca się nerwica, bez widoków na poprawę. Nie sprzyja to wenie twórczej, bo słowa i myśli nie są mi posłuszne, umykają, zanim pomyślę, aby je wystukać.

Pewnie ma to swój wpływ na to, że jedynie pięknie podziękuję Radioaktywnej za ciepłe spojrzenie na mój blog. naprawdę jestem wzruszona i wdzięczna, ale zupełnie nie jestem przekonana, czy chcę odpowiadać na zadane pytania. Co innego przy...kawie, w cztery oczy, wtedy i na te, i na inne, ho ho...

Tematy, których z całą pewnością nie mam pod kontrolą, kumulują się na nowym adresie. Jesteśmy na etapie montowania kuchni, która zbyt często zaskakuje szczegółami, których nie projektowaliśmy, tudzież brakiem tych, które były w projekcie. Panowie, którzy nota bene zgarnęli po raz drugi należność za montaż, zawierający się już w cenie mebli, dziwią się, że my się dziwimy. Aktualnie, kuchnia złożona jest circa about w 75 procentach. Reszta we wtorek, bo panowie muszą znaleźć brakujące elementy, które się zapodziały. Po prostu.


Nabyłam projektor led laserowy, który na budynek będzie rzucał obrazy wolno pełzających, dużych śnieżynek w kolorze ciepłej bieli. Tak mi się to spodobało, że póki co, z upodobaniem śnieżyłam sobie w czterech ścianach, aż poirytowany M zabrał mi cacuńko. Po prostu.

Do jako takiej równowagi powracam przy lekturze, którą aktualnie jest "Akuszerka" Katji Kettu. Wsiąkłam po uszy w jej słowa, niejednoznaczne, zaskakujące, być może obrazoburcze, opisujące obsesyjną miłość do esesmana. Wszystko osadzone w ziejącej mroźnym oddechem Laponii, a żeby było ciekawiej- rzecz oparta na faktach. Polecam, polecam!

I na koniec małe kino drogi :)

 


wtorek, 29 listopada 2016

 

Wziąwszy pod uwagę postępującą martwicę mojej blogowej obecności, doszłam do wniosku, że jeśli teraz się nie zmobilizuję, to rok minie, a tu nadal będzie Kazimierz, jakby na dowód, że czas w nim stanął w miejscu. U mnie zaś galopuje, co jak zwykle pozostaje w konflikcie z teorią naczyń połączonych, ale może czasu ta teoria nie dotyczy.

Zrobiło się biało, co jest estetycznie miłe, ale w praktyce niewygodne, a myśl o nadchodzących Świętach podnieca i niepokoi jednocześnie. Niemniej, od jakiegoś czasu jestem na fali wznoszącej, czego efektem jest już ukończone kompletowanie prezentów. Na wypadek, gdyby Mikołajowej uwadze umknęła moja skromna osoba, sobie też sprawiłam prezent. Dopiero co go rozpakowałam i siedzę sobie w tym jakże miłym rozgardiaszu.


Przedziwny był ten rok. Dramatyczny, jak żaden dotychczasowy, a od paru miesięcy tak hojny i łaskawy, jakby chciał wszystko wynagrodzić z nawiązką. Nie wiem, co prawda, czy to los, czy całkiem wymierne działanie M, ale na wiosnę ruszamy z fundamentami pod nowy jeziorny dom. Teren jest już odpowiednio ukształtowany, woda i energia doprowadzone, projekt domu i pozwolenia różnej maści rozpychają się w segregatorze. Działka jest w niemal bezpośrednim sąsiedztwie dotychczasowego jeziornego adresu, co jest trochę fajne, a trochę nie. Mniejsza z tym, grunt, że jezioro, bez niego ani rusz.



Konkretyzuje się też nowy adres miejski. Jeśli poślizgi nie będą większe niż standardowe, to przeprowadzkowy termin wakacyjny jest całkiem realny. Z tego wynika, że to ostatnie Święta w tym domu... jak wisienką na torcie uhonorowane obecnością Kornelki, córki siostrzeńca M, która już za parę dni przyjdzie na świat. Wydaje się, że bardziej jestem w to zaangażowana niż Sistars, który zostanie babcią. Podekscytowana jestem i cieszę się, to już chyba starość :)

A co w międzyczasie? Międzyczas wypełnia mi oglądanie serialu Crown i dochodzenie do konkluzji, że kryminały skandynawskie są klasą samą w sobie i na K. Bondę niekoniecznie warto tracić czas. Poza tym, zakupiłam na internetach "Ludwika XIV" Maxa Gallo i czekam...

 


środa, 19 października 2016

 

Kazimierz wykrwawił się już z letnich tłumów. Wziął mglisty, jesienny oddech i jak na zwolnionym filmie, ślimaczo zmierza ku zimowemu odrętwieniu.

Teraz widzi się to, co łatwo przeoczyć w oślepiającym słońcu upalnego dnia. Owiana rzeczną wilgocią, zapachem spadłych liści, wyziera jesienna nostalgia małego miasteczka.

Jest ciszej, wolniej, prawdziwiej. Cyganka snuje się po Rynku bez swej zwykłej werwy i chęci zaczepiania kogokolwiek, aby odkryć mu tajniki przyszłości. Rynek opustoszał jak pokój, z którego wyniesiono meble. Przerzedziło się na półkach w sklepikach, a sprzedawczynie nie zawracają sobie głowy odgadywaniem życzeń nielicznych klientów. Bardziej widoczni są autochtoni, tacy jak dwaj dziadkowie, troskliwie się wspierający podczas forsownego przemarszu przez Rynek linią bardzo łamaną.

Jedynie piątek był pięknym, słonecznym dniem. Dał nam w prezencie feerię barw i niemal malarskie kadry kazimierskich pejzaży. Cieszyliśmy się słonecznymi widokami aż do zmroku, gdy coraz dotkliwszy ziąb zagonił nas do ciepłego hotelu. Tam też można było smakować spleen miasteczka, urokliwego w każdej odsłonie. Poprzez wchodzącą nam na balkon wielką jodłę, patrzyłam na księżyc, a może na dwa...


                                                              

                                           

czwartek, 06 października 2016

 

Podsuwam skostniałe , mokre dłonie pod ciepły nawiew w samochodzie i czuję , jak pomału rusza krwiobieg i wraca czucie . Nie wyjęłam jeszcze rękawiczek . Nie wyjęłam ciepłych szali i kominów . Nie wyjęłam też ciepłej kurtki . Moja dzisiejsza , wiatrem podszyta , nie ogrzała mnie wcale i teraz dygocząc w aucie , jestem pragnieniem wielkiego kubka gorącego kakao z ciepłą drożdżówką . Albo herbaty z prądem , co jest tyleż kuszące , co wykluczone z przyczyn komunikacyjnych . Albo gorącej grochówki z wielką pajdą miękkiego , wonnego chleba . Ależ jestem zmarznięta i głodna...

Samopoczucie mam fatalne . Troszeczkę , ale tylko troszeczkę , poprawia je świadomość , że w torbie mam dwa nowe , wypasione tusze do rzęs , efekt zacnej , 49% zniżki w Rossmannie . No i książka powinna dziś przyjść , "Szwedzi.Ciepło na północy". O mój boże , zimno mi...

Co to ja mam dziś w planie ? Istny mętlik w głowie. Męczy mnie okrutnie poczucie tymczasowości , brak sztywnych ram czasowych , o funkcjonowaniu na dwóch adresach nie wspominając. Natomiast M czuje się z tym jak ryba w wodzie , z pewną niechęcią dodam , że niemal uskrzydlona ta ryba. Niemałym zdumieniem napawa mnie kolejność poczynań na nowym adresie , która według mojego rozeznania mija się z logiką , wstrzymuje prace , wprowadza chaos i przestoje. No , ale ja się nie znam. Z tego też powodu moja decyzyjność nie obejmuje zagadnienia co najpierw - ściana pod szafkami w kuchni plus okolice , czy przejście z boku domu wraz z ogrodzeniem. Co najwyżej mogę to ogrodzenie zaprojektować. Wszystkie te klimaty , rozdrażnienia i zdziwienia skutkują moim zniechęceniem i wzbierającą pod skórą złością. Do tego M realizuje i specjalizuje się w planowaniu . Niektóre plany są porywające , kuszące i zapadające w wyobraźnię , inne z czapy wzięte. Generalnie ok , z tym , że ludzie tak długo nie żyją. A może to właśnie dobry sposób ?

Królestwo za ciepłą kurtkę i rękawiczki... Woda z parasolki zmoczyła dokumentnie siedzenie pasażera. Moja torba też jest mokra . Gdy przyjadę , z gorącym powitaniem podbiegną do mnie mokre psy. Mokra spódnica od razu powędruje do prania...

No to ponarzekałam, w podskórnej nadziei, że narzekających jest dziś więcej. Takie wspólne narzekanie, to przecież nic innego, jak stymulowanie więzi społecznych i przyjaznego porozumienia.

                                                             Pozdrawiam! :))

 


czwartek, 15 września 2016

 

Uwielbiam ten tegoroczny wrzesień.

Wstaję rano, patrzę na świat otulony wilgotną szarością, tak kojącą, że pies nie zaszczeka, a ptak zaśpiewa krótko i speszony urwie dźwięk, jak hejnał z Krakowa. Powietrze pachnie iglakami i wodą. Wdycham rześki aromat, w który stopniowo wkrada się zapach porannej kawy. Potem ten obezwładniający upał i słońce, przed którym nie uciekam, bo mi go było za mało tego lata. Kąpię się we wrześniowym jeziorze z częstotliwością przedtem mi nie znaną w tym miesiącu. A nocami, przez szeroko otwarte drzwi tarasowe i sypialniano-balkonowe, wchodzą do domu gwiazdy z tajemniczymi , podłogowo-ściennymi widziadłami ożywianymi przez światło księżyca i powiewy wiatru.

To takie dni, w których nie mam żadnych zmartwień, bo o nich z premedytacją nie pamiętam, a jeśli już, to macham na nie ręką, jak na natrętną muchę. W ten sposób przeganiam myśli o zobowiązaniach bankowych, o nieterminowości wszystkich fachowców na nowym adresie, o chaosie sprzedaży i kupna samochodu, a nawet o tym, że kosmetyków mam więcej niż kiedyś, przed lustrem stoję dłużej niż kiedyś, a efekt nie jest taki, jak kiedyś...sio, no już...!

A co w kąciku literacko-filmowym? Istny kryminał. Przerabiam Arne Dahla jak leci, chyba zostanę specjalistką od twórczości rzeczonego. Zafiksowałam się też na serialu Trapped , który w środowe wieczory nadawany jest po dwa odcinki na AleKino+. Muszę go nagrywać, bo rzadko o tej porze siedzę przed telewizorem. Nawet jeśli nie jestem zajęta, to szkoda mi chwil pod granatowym niebem, pod gwiazdami i pod pledem, bo komary jak latające krowy, jak mówi Bzdurka. Mniejsza o komary. Wrześniu trwaj...



 


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

 

Wyjątkowo szybki , choć wcale nie nieoczekiwany .

Codziennie kilogramami zbieram pomidory i kwaterkami maliny .


Intensywnie wychowuję Segalka , który ma usposobienie całkiem inne , niż wilcze szczenięta .


Co dwa-trzy dni tłukę się po domu , jak osa w słoiku i oscyluję pomiędzy rozdrażnieniem , a przygnębieniem z powodu rekordowej ilości dyżurów M.

Zastanawiam się , czy uda nam się zrobić Święta na nowym adresie i odpowiedź zależy od tego , czy jestem w fazie przygnębienia , czy nie .

Martwię się , że Bzdurka nie chce mieć potomstwa i owo zmartwienie jest niezależne od jakiejkolwiek mojej fazy .

Poza tym...

... Nocami przysiadam na tarasie i patrzę na kosmos nade mną . Wypatruję spadających gwiazd , zarzucam je gorącymi prośbami , których nie ubywa .

Wieloznaczny , jak zwykle , sierpień , trochę letni , trochę jesienny , słodko-gorzki , z delikatnym spleenem i posmakiem dekadencji .

Dotykam kamieni , za dnia rozgrzanych zamglonym słońcem , teraz pozostawiających wilgoć na palcach . Zatrzymuję wzrok na nierównej kresce lasu na horyzoncie , bardziej przeczuwanej niż widocznej w ciemności . Myśli się uspokajają i elementy układanki odnajdują swoje miejsce , aż do następnego dnia .

Kocham ten czas , kocham te chwile , gest , którym M sięgnie za chwilę po swój kielich z winem i uśmiech , którym mnie obdarzy .

Piękny jest koniec lata...




 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10