Subiektywny,co zrozumiałe.Czasem w słodko-mdlącym zaściankowym sosie.Czasem liryczny,lecz bez aspiracji.Na ogół codzienny i dość nudny.Kobiecy ze wszystkimi konsekwencjami.Mój.
Kategorie: Wszystkie | pamiętnik osobisty
RSS

pamiętnik osobisty

poniedziałek, 15 października 2018

 

Październik rozmarza, rozpieszcza i karmi złudzeniem, że to wcale nie musi się zmieniać. Nocny chłód nie pozostawia jednak złudzeń. Rankiem staję przy oknie w salonie z kawą w ręku i obserwuję sznurek samochodów, które z jednej strony wyłaniają się z mgły, a z drugiej, sennie i powoli w niej znikają. Wilgotnym i jeszcze szarym rankiem wsiadam do samochodu, też wilgotnego i zimnego po nocy. Włączam ogrzewanie, wycieram zroszone szyby. Wkrótce jadę drogą, którą jeździłam od lat. Mam wrażenie, że znam przy niej każde drzewo i każdy kamień. Tak jak zawsze, gapię się i chłonę kolory. Mijam adres wypalony w sercu, chwilę później parkuję na jeziornej budowie. Mogę już wejść po niedawno wylanych schodach na piętro, pozbawione jeszcze ścian, co daje wrażenie chodzenia po ogromnym tarasie. Dmucha na tym tarasie niemożliwie, mokry chłód niemal mnie zamraża, ale stoję i patrzę. Marzę, żeby uciec stamtąd i zostać tu. Kiedyś. Niech wieje, chłodzi i wilgoci, jestem do tego przyzwyczajona. Ale mieć znowu ten widok, te ptaki, to niebo... M nie zna moich tajemnych rojeń i lepiej, żeby tak zostało, przynajmniej na razie. To chyba moja pierwsza nielojalność w stosunku do niego.

Prawie całą niedzielę spędziliśmy nad jeziorem, sprzątając bałagan stricte budowlany plus bałagan po fachowcach, w postaci dziesiątków plastikowych butelek, puszek, torebek foliowych i zmiętych opakowań po papierosach. Potem uskutecznialiśmy oprysk roundupem, przy czym chwasty zaliczyły chyba tyle samo oprysku, co my sami, To był bezpośredni powód, dla którego wylądowaliśmy w jeziorze, zaliczając ostatnie, szybkie zanurzenie. Jak żyję, w październiku nie zdarzyło mi się kąpać w jeziorze, Nie będę twierdzić, że było fajnie, mózg mi się ściął, a parę innych rzeczy zamarzło. Słońce, na szczęście, tak mocno grzało, że hibernacja szybko puściła.

 To jeszcze poziom zerowy. Od początku tupię z niecierpliwości ;)

 ...a tu już trochę wyżej

 

 ...i wracamy już do domu, mijając bardzo dobrze znane miejsce...



niedziela, 30 września 2018

 

Mam już pewność, że tym, co najbardziej mi przeszkadza/stresuje/rozkojarza/wkurza itp jest widok z kuchennego okna na jedną z najruchliwszych ulic miasta, z hałasem w pakiecie. Widoku owego nie da się uniknąć, bo na linii kuchnia-salon, które są połączone przestrzenią w linii prostej, koncentruje się całodzienny ruch. Vis-a-vis jest duże okno, praktycznie cała ściana, w salonie, ale ono wychodzi na ogród z dużymi jodłami w tle. Żeby zobaczyć zakorkowaną 92-kę, należałoby podejść do samej szyby, a żeby dodatkowo ją usłyszeć - otworzyć drzwi tarasowe, więc ta strona jest akurat do przeżycia. Próbowałam w ciągu dnia zamykać roletę na kuchennym oknie, ale M natychmiast ją podnosił i jeszcze częstował komentarzem o przewrażliwieniach i fobiach. Tak że tak.

To jest numer jeden. Jest jeszcze dwa i trzy, ale na razie się wstrzymam, żeby nie wyjść na totalną malkontentkę, jaką nawet nie podejrzewałam, że mogę być.

Ale nie dzisiaj.

Jest niedziela, ulica, jak na swoje możliwości, niemal uśpiona. Jest słonecznie, choć chmurzasto i na razie rześko, ale temperatura ma tendencję zwyżkową. M jeszcze nie wrócił z wczorajszego dyżuru, więc niczym nie rozpraszana, wypiłam na tarasie poranną kawę. Wygrzebałam w szafce nawet resztę zabunkrowanych kruchych ciasteczek, które na śniadanie wykończyłam przy kawie. Rozwiesiłam wstawione bladym rankiem pranie, wyrzuciłam bety na rozsłoneczniony taras, dzięki czemu uniknęłam ścielenia i czekam, aż wyrośnie mi ciasto na drożdżowe ze śliwkami. I nawet jeszcze jest porządek po wczorajszym lataniu ze szmatą/mopem/odkurzaczem. Cieszy mnie myśl, że już jutro kurier Marcin dostarczy mi 150 metrów sznurka, z którego wyprodukuję makramy. Lata temu robiłam tego sporo, głównie kwietniki, palę się, żeby odświeżyć warsztat.

Jak leniwie i spokojnie. niedzielna chwilo trwaj...


....... i tak się złożyło, że zamiast zamieścić fotki i publikować, musiałam czym prędzej zająć się miętoleniem ciasta. Szczęśliwie zapakowane już do piekarnika, mogę postawić kropkę. :))



piątek, 21 września 2018

 

Mówią, że to ostatni taki dzień. Że koniec z porankami z kawą na tarasie, a zaledwie wczorajsza kąpiel w jeziorze była jak wisienka na torcie tegorocznego lata... Żal mi, żal, choć wiem, że jesienią też będę się zachwycać, ba...! na upartego, nawet w chłodzie i deszczu doszukam się pewnego uroku.

Parę miesięcy hołubiłam w sobie myśl o początku października w Kazimierzu. Nieważne, czy byłoby złocistorudobłękitnie, czy mokroszaro, i tak byłoby pięknie. Ale nie będzie, bo Sistars Młodszy wymyślił sobie ślub w czasie naszego zaplanowanego wyjazdu i zamiast sycić oczy i duszę Kazimierzem, będę siedzieć za weselnym stołem i przesycać się całkiem innymi doznaniami. W tym miejscu powinnam wstawić buźkę z podkówką, żeby nikt, absolutnie nikt, nie  miał wątpliwości, jak bardzo mi to nie w smak.

W radiowej Trójce, na której się wychowałam, była kiedyś audycja prowadzona przez Piotra Kaczkowskiego, Minimax. Facet serwował obłędną muzykę, opowiadał niesamowite rzeczy, których wtedy nigdzie indziej nie usłyszałabym, a głos miał taki, jakby uśmiechał się od ucha do ucha przy mówieniu. Zmuszona jestem zrobić swój prywatny minimax- minimum słów, maximum obrazu, bo już dawno powinnam być gdzie indziej, w tym wypadku na budowie. Ale o tym innym razem :)

                             Orzechy z drzewa sąsiadowego, zbieram je wiaderkami, jabłka, po raz pierwszy, zupełnie nasze. Mimoza prawie nasza, zrywam ją tuż za ogrodzeniem.

 

A maliny cały czas owocują jak szalone!

                          

 ...



poniedziałek, 20 sierpnia 2018

 

Już nawet nie chodzi o to, że doba jest za krótka, bo jej wydłużenie nic znacząco nie zmieniłoby w temacie.

Tematem, z grubsza ujmując, jest to, aby stuprocentowo zrealizować się w tym, co się lubi. Aby stuprocentowo zrealizować własną realizację, ja osobiście potrzebowałabym kilku żyć równoległych, najchętniej jeszcze z możliwością krótkiego wizytowania się w każdym.

Jedno życie przeznaczyłabym na biznes. Ja w biznesie. Może nie największym, ale zawsze. Samodzielność, decyzje, adrenalina, ryzyko, zysk. W centrum tego wszystkiego ja, pewna siebie, w minimalistycznym, eleganckim outficie kobiety biznesu, na spotkaniach, pertraktacjach, negocjacjach. Podpis, pieczątka, sukces.

Drugie życie mogłoby być pod znakiem psów i koni. Psy, oczywiście, championy europejskie i światowe, konie takie, że dawny Janów, czy inny Michałów, zzieleniałby z zazdrości. A ja sobie tym wszystkim zarządzam w eleganckich gumofilcach i reszcie przyodziewku dopasowanym do.

Trzecie życie wypełnione byłoby karierą naukową. Waham się pomiędzy byciem niezastąpioną współpracownicą Richarda Dawkinsa, a pracą w Houston przy badaniach wpływu kosmosu i lotów kosmicznych na ustrój ludzki na poziomie molekularnym. Biorę też pod uwagę kustoszowanie w Wersalu .Dla kaprysu oprowadziłabym jakąś wycieczkę, ale tylko wtedy, gdy poczułabym pragnienie szerszego kontaktu z ludźmi, bo generalnie do rozpaczy doprowadzają mnie osobnicy, którzy nie mają pojęcia, na co patrzą, a cała ich turystyka zawiera się w wyskrobanym "byłem tu". Acha! Jako ten kustosz, czy coś w tym stylu, oczywiście pracowałabym nad książką, w przystępny sposób przybliżającą historię szerokiemu odbiorcy. Kolejną książką !

Które to następne...? Czwarte! W tym czwartym życiu mieszkałabym w drewnianym domu, koniecznie nad jeziorem. Dużo drzew, dużo wody, dużo nieba, ludzi brak. Idealna byłaby Norwegia. Na spokojnie zachwycałabym się wschodami i zachodami słońca, kontemplowałabym późną wiosnę, wczesną jesień i spektakularną zimę. Patrzyłabym na niebo i pod nogi, i z codzienną werwą gotowałabym, piekła, zaprawiała i dopieszczała dom w każdym zakamarku. Domem tym rządziłyby książki, film, muzyka i oczywiście internety, bo kipiałabym pragnieniem pokazania tego wszystkiego całej reszcie świata, patrzącej na ekrany laptopów, tabletów i telefonów.

Tymczasem... Jako posiadaczka jednego życia, nieustannie się w nim szarpię i miotam. Próbuję upchać gumofilce i elegancki outfit, jezioro i szlifowanie domu, książki i negocjacje itd. O Houston i Wersalu mogę sobie pomarzyć, gdy przyjmę za dużo wina, a przy kolejnej publikacji Dawkinsa obgryzać z ekscytacji pomalowane pazury. Posiadając instagram- zamknięty, bo to przecież żenada, co tam robię, zaglądam czasem na inne produkcje, otwarte na świat. I co ja paczę... Mnóstwo kobiet, pięknych niejednokrotnie i zadbanych od stóp po czubek głowy, serwujących na okrągło atrakcyjne żarełka, biegające na spacery i uwieczniające wspaniałe okoliczności przyrody. Na tym spacerze jeszcze zbiorą grzyby i je przerobią, co też pokażą. I siebie w twarzowym biurze, do którego dojadą twarzowym autem. I wyjściowe dzieciaki w wyjściowym domu. I szczęśliwe. I wszystko jednego dnia. I pierdylion lajków.

A ja się miotam. Coś ze mną nie tak...

 

P.S. W ferworze liczenia pożądanych żywotów, umknęła mi bardzo ważna, kluczowa wręcz sprawa - w każdym życiu musi być M i moje dzieci. I już.


wtorek, 07 sierpnia 2018

Nie ma za wiele czasu, aby pisać, ani robić cokolwiek.

Ponieważ każda, nawet minimalna aktywność powoduje wzmożoną potliwość, niemal przeniosłam się z życiem nad jezioro i jestem na najlepszej drodze do wykształcenia błony pławnej. Zafundowałam też sobie siłą rzeczy opaleniznę bardzo niezdrową, szkodzącą urodzie i bardzo chłopską, jakby to z pewnością podsumowała moja Babcia.

W nowym, jeziornym miejscu, poza fundamentami, w połowie ukończonym ogrodzeniem i szerokimi, kamiennymi schodkami kończącymi się w wodzie, nie ma jeszcze nic. Wożę ze sobą masę rzeczy, przede wszystkim ręczniki, koc, butle z piciem, owoce, oraz nóż- odkąd okazało się, że mamy okrąglutkiego arbuza i nasze zęby, jako jedyne narzędzie tnące. Roztrzaskaliśmy go wtedy na rzeczonych schodkach, potem zbieraliśmy rękami arbuzowe rozbitki i wcinaliśmy, wysmarowani sokiem od brody po łydki. Siedzieliśmy na zaarbuzowanych schodkach, słońce wisiało na błękitnym niebie, a w błękitnej wodzie hałasowały perkozy. Pomyślałam wtedy, że to jest właśnie szczęście...

Niemniej, nóż trafił na stałe do jeziornej torby. Są w niej też duże, ciemne okulary słoneczne, w których niewiele widzę, ale słońce mnie nie oślepia, a M mówi, że mi ładnie. Jest w niej też czytnik, bez którego nie ruszam się nie tylko nad jezioro, ale i do sąsiedniego pokoju w domu- po pewnym okresie docierania się z urządzeniem nie pachnącym drukiem i nie szeleszczącym kartkami, darzę go uczuciem najszczerszym i zaborczym.

Poza weekendami M dociera nad jezioro w godzinach wieczorno-nocnych i wtedy kąpiemy się pośród gwiazd odbijających się w nieruchomej, najcieplejszej od lat, wodzie. Wskakuję M na plecy, podtapiam od dołu i wtedy też sobie myślę, że to jest szczęście...

Tak się składa, że te chwile szczęścia zawsze wiążą mi się z wodą. na nowym, na wskroś miejskim adresie, najczęściej targa mną mniejszy lub większy wkurw, a w najlepszym wypadku niechętna rezygnacja. W momentach dobrego samopoczucia nie wykluczam, że w przyszłości moje nastawienie zmieni się w umiarkowaną akceptację- taką już mam optymistyczną naturę.

Czy już pisałam, że uwielbiam sierpień...? Jeszcze trwa, jeszcze przeczołguje nas skwarem, a mnie już go żal. Rzucam się zachłannie na każdy dzień, a w nocy śpię tak kamiennym snem, że nie zakłócają go nawet idioci ćwiczący w środku nocy poślizgi na niedalekim rondzie. Mam też gotową dyspozycję dla spadających gwiazd: proszę o następne takie dziesięć lat, następne i następne... Bo 2-giego września świętujemy w gronie rodziny i przyjaciół nasze dziesięciolecie właśnie, nad jeziorem oczywiście, w klimatycznym, urokliwym zajeździe cztery posesje dalej od naszego jeziornego miejsca.

I na koniec chaotycznych, ale aktualnych fotek parę z mojej codzienności:

.......brzoza cudnie obrośnięta powojem, który rankiem ukwieca ją na fioletowo, od pnia, po płaską koronę

...pyszne, wielkie brzoskwinie od sąsiada, które dopiero od zeszłego roku zjadam ze skórką ;)

... Inwar stojący w prysznicu z węża i chłodzący się z błogością malującą się na pysiu

...autorka słów niniejszych spiekająca sobie mokry rewers

...i ostatni nabytek, na ochłodę


piątek, 20 lipca 2018

 

Pada deszcz.

Mokre są chodniki i ulice. Samochody rozpylają wokół siebie mokrą zawiesinę, która osiada na szybie równomierną, szarą mgłą. Mój samochód jest mokry i brudny, poznaczony na karoserii strumyczkami wody, wyplutej przez ulicę.

Co z tego, że deszcz. I tak trzeba zrobić to, co robię codziennie. Nie chce mi się zmieniać obuwia, poza tym, nie znoszę gumowców. Wychodzę w klapkach, żeby spłukać wybiegi psów i zanim do nich dochodzę, już mam mokre stopy. Kontakt z wężem to nieuchronne mycie stóp już na całego. Żaden problem, klapki są plastikowe, a na dworze ciepło.

I ciągle pada...

Mam wrażenie, jakby deszcz wytłumiał hałasy z ulicy, a może to tylko ja nastawiam się na odbiór mokrych szmerów i szelestów. W ogródkach krople bezwzględnie bombardują liście roślin, które bezradnie je zwieszają. Wielka, różowa, pierzasta malwa dała całkiem za wygraną i wygląda, że nie wróci do poprzedniej wyniosłości.

Psy podbiegają i ocierają się o moje nogi, przez co mam mokre nie tylko gołe łydki, ale i brzeg, zdawałoby się, wysoko podwiniętych rybaczków. Snuję się po zadeszczonym ogrodzie, patrzę, czy wiatr i deszcz nie postrącały mi owoców z pierwszy raz owocujących jabłonek i śliw, zastanawiam się, zerwać całkiem czerwone pomidory, zebrać ogórki, a może zanurkować po cukinię...? Rezygnuję. Czuję, że moja bluza z kapturem niedługo nie będzie już żadną ochroną. wracam szybkim krokiem. Marzyłoby mi się usiąść pod zadaszonym tarasem z kubkiem kawy i błądzić wzrokiem po szarym niebie schodzącym do szarego jeziora.

Poprzestanę na tym kubku kawy, patrząc na deszcz... w okienku snajpera, ech...


 




środa, 27 czerwca 2018

 

Nie można żyć bez planowania,w każdym razie nic mi o tym nie wiadomo.

Jednakowoż plany planom nierówne. Posiadanie w planach umycia okien nie jest tym samym, co planowany na początek października, tradycyjny wypad do Kazimierza. Tu szmata, tam bajkowe plenery. Może są fanatycy machania szmatą i umycie okien jest dla nich całkiem ekscytujące, ale mnie to akurat nie dotyczy. Natomiast Kazimierz jesienny skradł mi serce i już przebierając nogami, czekam na ten październik. Tymczasem, mamy czerwiec, mniejsza z tym, czy upalny, czy deszczowy, ale cudowny czerwiec...! Z całą zapowiedzią lata, pysznego lipca i dekadenckiego sierpnia!

Po raz n-ty zauważam tę niekorzystną stronę posiadania ekscytujących planów- ewidentnie skracają mi teraźniejszość i moje w niej umocowanie. Jedną nogą jestem w czerwcu, drugą w takim np. październiku. I tak całe życie, bo zawsze gdzieś na horyzoncie pojawia się jakiś atrakcyjny Kazimierz, który włazi w myśli i wyobraźnię. Zamiast zmierzać sobie do tego upragnionego celu powoli, uważnie rozglądając się dokoła, pochylając nad mrówką, albo kontemplując obłoki, pędzę do niego, w biegu i kątem oka, ledwo zauważając to i owo.

Męczące. Ja w ogóle męczę się ze sobą. Często myślę, że przydałoby mi się coś, co wytłumiłoby moje wewnętrzne rozhuśtanie, ale nie uśpiło. Niestety, to prawie pewna strona atrakcji typu "skończyłam czerwone, zaczynam niebieskie". Najlepszy byłby jakiś sztuczny tunel czasoprzestrzenny, oczywiście dwukierunkowy. Wtedy wszystko na spokojnie i kiedy się chce, a rezydencja po wsze czasy w pięknym czerwcu. Uwielbiam jego długie dni, które pozwalają pomieścić całą bieganinę, bez poczucia, że zarywa się noce. Uwielbiam truskawki i czereśnie i całą tę świeżą jeszcze, niezmęczoną zieleń, która dopiero zbliża się do swojego apogeum. Wszystko w czerwcu jest do uwielbiania. Tak, jak w Kazimierzu jesienią...

(okno snajpera - zaraz po burzy )

W kwestii pięknych widoków- niedawno byliśmy w Nysie, u Pani Beatki, od której mamy moje ukochane Czarne Łebki. Niestety, od jakiegoś czasu jest tylko jeden Czarny Łebek, gdyż Gamka odeszła od nas z powodu sepsy. O wiele za wcześnie. Goran popadł w depresję po stracie siostry i bezdyskusyjne było, że pojedziemy po towarzysza dla niego, oczywiście też Czarnego Łebka. Psy zaakceptowały się szybko i bezwarunkowo, a to już wcale oczywiste nie było.

Polecam hodowlę Pani Beatki wszystkim, hodowcom, amatorom miłośnikom i zaledwie trochę zainteresowanym. Poza wszystkim innym, takiej pięknej dokumentacji fotograficznej jak u Niej, ze świecą szukać na stronach innych hodowców, więc fajnie tam zaglądać choćby dla przyjemności pogapienia się na piękne foty pięknych psiaków.

Czarny Łebek podczas pamiątkowego ujęcia z dotychczasową właścicielką, poniżej już na nowych śmieciach. Prawdziwy Batman :)



poniedziałek, 11 czerwca 2018

 

Najbardziej nie lubię pośpiechu, chamstwa i kurzu. Z wymienionych upierdliwości tylko z kurzem udaje mi się toczyć walkę, niejednokrotnie zwycięską, choć obarczoną wiedzą, że mimo chwilowych laurów, walczyć trzeba będzie do końca. Chamstwo, jakie jest każdy wie. Walczyć z nim trudno, unikać czasem też.

Natomiast pośpiech zjada mnie żywcem, paraliżuje mi mózg i zmysły. Mimo całkiem dobrego zorganizowania przegrywam z nim na wszystkich polach. Dlatego zawsze sobie niesłychanie  ceniłam i cenię drobiazgi, takie jak wypad nad jezioro nr2 i doświadczanie wody i słońca każdym zmysłem, czy delektowanie się na tarasie własnym ciastem z własnoręcznie zerwanymi truskawkami. Mimo najszczerszych chęci nie mogę nie zgrzytać zębami na hałas z obwodnicy, który zagłusza ptasie muzyki, dekoncentruje mnie i drażni, a który mojemu mężowi zdaje się nie przeszkadzać wcale.

Ceniłam i cenię sobie nadal takie chwile, choć bardziej to sobie mówię niż czuję. Czuję natomiast ulotność i przemijanie wobec którego wszystko zaczyna być nie tyle piękne, co bolesne i bezsensowne. W związku z tym, hałas z obwodnicy to małe miki w porównaniu z hałasem, który mam w sobie. Zastanawiam się, czy nie odbija mi już na dobre, bo jak inaczej podsumować opłakiwanie kogoś, kto funkcjonuje obok, żywy od stóp do głów i w kondycji nieźle rokującej na bliżej nieokreśloną przyszłość...?

Wszystko zaczęło się od dramatycznej straty, która parę miesięcy temu dotknęła moją znajomą. Wyobrażenie jej weszło we mnie tak nagle i tak zdecydowanie, że nadal nieustannie wprowadza ironiczno-gorzko-kpiące didaskalia do wyczekiwanych przerywników, radosnych chwil, marzeń i planów. 

Myślę o tym, że M może nie być - jak ja to mogę w ogóle ubierać w słowa, w te fizyczne znaczki ?! Myślę o tym, zamiast cieszyć się, że jest. Jestem zainfekowana tymi wyobrażeniami. Zdarza mi się, że odwrócona tyłem, tłumię poduszką pochlipywanie. podczas gdy On, cały żywy, ciepły i lekko pochrapujący, obejmuje mnie ramieniem. Myślę, jak to puste i bezcelowe życie poprowadzę, z czego zrezygnuję, czego będzie mi brak, a czego wcale. Łzy zalewają mi oczy, bo nagle mi przychodzi na myśl, że nie usłyszę jego kroków na schodach, ani jak wypowiada moje imię, podczas gdy On, tuż obok mnie i na wskroś żywy przypomina mi o kroplach do oczu, bo mam zaczerwienione, pewnie znowu zapomniałam...

Musiałam to napisać. Może teraz, jak to widzę napisane, nazwane, wyrzucone z siebie, to jakoś sobie tę chorą głowę uporządkuję ? Gdybym umiała, modliłabym się, żebym to ja była pierwsza. Nie ma to, jak własnoręcznie wbijać sobie nóż w serce. Niechby mi coś/ktoś tę rękę złamał, albo nóż zabrał, albo cokolwiek, byle skutecznie... I tyle w tym temacie.

A obrazki- radośniejsze.

          

 

           

sobota, 19 maja 2018

 

Tulipany zdążyły zakwitnąć i zasychają, planując lepsze czasy. Nie zdążyłam zerwać bzowych gałązek z ciężkimi, białymi kiściami kwiatów, aby rozpachnić cały dom. Zrobiłam fotkę przepięknej wisterii, która szczęśliwie przełazi od sąsiada na naszą stronę, ale już jej nie wstawię, bo czas wisterii też przeminął.

Pracuję znacząco mniej, ale czasu dla siebie wcale nie przybywa. Kradnie mi go ogród, psy i dom, przy czym ta kolejność bywa zmienna. Moją kurodomową duszyczkę przepełnia radość na widok rządków rzodkiewek, sałaty, szpalerów pomidorów, kęp ogórków i już różowiejących truskawek, przy czym dużą część tej radości wywołuje świadomość perfekcyjnego wypielenia grządek. Dom wysprzątany we wszystkich kątach i zakamarkach, wypełniony powietrzem z wreszcie szeroko pootwieranych okien i drzwi. Hula przeciąg, oczywiście, i chyba dodatkowo mnie napędza i popędza w domowej bieganinie.

Cieszy mnie rozgrzany w upale taras i cieszy mnie zapach ziemi po deszczu. Lubię w sobie ten stan akceptacji, a przede wszystkim, otwartości na codzienne bodźce, które to wartości gdzieś mi się do niedawna zawieruszyły w wirze życia.

Parę dni temu byliśmy w dużym mieście P, w którym, w oczekiwaniu aż M odbędzie swoją konferencję, zrobiłam sobie nieśpieszny przemarsz przez przybytki na ulicy Półwiejskiej i Stary Browar. Potem na chwilę zawitaliśmy do Środy Wlkp, by na koniec wylądować u oczekujących nas znajomych w Jarocinie. Siedząc w ich najprawdziwszym, wonnym i rozświergotanym lesie, zajadałam się faworkami i z wielką zgodą pozwoliłam się zrosić pojedynczym, ciężkim kroplom deszczu. Tuż za Jarocinem jechaliśmy już w nawałnicy. Deszcz bombardował karoserię, wycieraczki nie nadążały rozgarniać potoków wody, koła raz po raz wytwarzały fontanny rozbryzgów. Wewnątrz szemrał z płyty Cohen, ulubieniec M. Jechaliśmy z deszczem i w deszcz, bez słowa popatrywaliśmy na siebie z uśmiechem. Było dobrze, wracaliśmy do domu...

(ogródki mniejsze i większe po wycince i przecince)

(...i moja ulica tuż po deszczu, zanim ręka sięgnęła po klucz do furtki)

( ... przy każdej okazji, nawet jeśli tylko przejazdem, chociaż na chwilę... )


niedziela, 18 marca 2018

 

Lubię być w domu. Lubię być w domu z M. Najbardziej jednak lubię wczesne ranki sobotnie, lub niedzielne, gdy M jest na dyżurze...

Nie spieszę się z niczym. Snuję się w piżamie, a czajnik szumi i łypie na mnie kobaltowym oczkiem. Siadam z najlepszą na świecie, pierwszą kawą przy kuchennym oknie i delektuję się pustą, śpiącą ulicą. Przepadam za tym weekendowym, ulicznym marazmem. Łatwiej mi zebrać myśli i łatwiej mi je rozpuścić, porozmawiać ze sobą, pomarzyć. Potem, również bez pośpiechu karmię i wypuszczam psy, a po powrocie delektuję się kawową powtórką z kawałkiem ciasta. Po wczesnoporannej, mroźnej i wietrznej inhalacji, smakuje wybornie. 

Bez poczucia winy wskakuję w internet, zaglądam tu i tam, oglądam jakieś buty, jakąś torebkę. Przy okazji, po raz kolejny dochodzę do wniosku, że punkt dla mnie, że pamiętam jeszcze normalne czasy bez netu, dziubków, fejsa, tępej młodzieży, wywalonych jęzorów, samouwielbienia na instagramie i wszechobecnego hejtu. Przerzucam szybko strony, odwiedzam internetową córkę Bzdurkę i znów przymierzam się do poszperania w ofertach wynajmu mieszkania w Białymstoku, w którym zamierzam z Bzdurką spędzić ostatni tydzień kwietnia. I znajduję ! Tak mi się podoba, że perspektywa wyjazdu cieszy mnie jeszcze bardziej. Może zatęsknię za domem...? Tęsknię cały czas za domem... tamtym. Z jego brakami i mankamentami, wszystkim, co mnie w nim uwierało, to było niezmiennie miejsce, w którym umiałam odpocząć, zrelaksować się, nie tracić kontaktu ze sobą, bez względu na to, czy byłam sama, czy z M i bez względu na dzień tygodnia...

No to może jeszcze herbatka z cytryną i dokładka ciasta na rozpustne śniadanie...? W milczącym spokoju, przy oknie z widokiem na nieruchomą ulicę.

                   A tak poza tym, czy to już wiosna, ktoś wie...?


niedziela, 21 stycznia 2018

 

Cieszę się, że zima wróciła, albo raczej, że przyszła, bo przecież wcale nie była w odwrocie, gdy jej nie było. Wypiękniało wszystko, spowolniło, wytłumiło, zrobiło się niemal odświętnie, chociaż po Świętach nawet już ślad nie został.

Chętniej wychodzę, chętniej zostawiam samochód i chętniej wybieram nieodśnieżone ścieżki niż ciemne wstążki chodników. Najchętniej łażę sobie późnym wieczorem i w świetle latarń patrzę na znane, a tak odmienione miejsca i detale. Dowolnie wybrany pies przy mojej nodze ma radochę, bo nie spieszę się wcale i pozwalam mu tak długo obwąchiwać wyjątkowo atrakcyjne punkty na śniegu, aż podnosi łeb i patrzy na mnie pytająco. No, przecież zmierzam do domu...tylko możliwie długą trasą.

Cieszy mnie myśl, że po powrocie zrobię sobie czarnoporzeczkową herbatę z cytryną i jednocześnie studzi mnie wyobrażenie dźwięku kubka stawianego na granicie blatu, o łyżeczce, niechcący wypuszczonej z dłoni, już nie wspomnę. Cieszy mnie myśl o grzaniu zmarzniętych stóp na ciepłej posadzce i ... wystarczy. Żadnych ale. Tym bardziej, że jak myślę, jest lepiej. Inna rzecz, że ten duży dom, o wiele za duży, teraz zrobił się jeszcze większy, gdy po Nowym Roku znów zostaliśmy w nim sami.

Wędruję przez noc z dowolnie wybranym psem, rozrzucam swoimi, mało kobiecymi i nie do zdarcia, psimi traperami hałdki śniegu i grzeję się wspomnieniami. Urokliwe były wczesne poranki, pogrążone jeszcze w grudniowej nocy, gdy my, wszystkie kobiety, ni stąd ni zowąd, spotykałyśmy się w kuchni. Jak na komendę, w kusych , nocnych koszulinach i boso. Ciemność kuchni punktowo rozjaśniały tylko diodki urządzeń, latarnie z ulicy i sączące się z salonu światełka choinkowe, znów nie wyłączone na noc. Czajnik szemrał i zapowiadał najlepszą kawę dnia, tę pierwszą, poranną. Żadna z nas nie zapalała światła i nie wiedzieć czemu, rozmawiałyśmy półszeptem, pewnie żeby nie spłoszyć ulotnej chwili... I tak było każdego ranka, nasze luźne, półsenne , babskie porozumienie. Uczestniczyła w nim także dziewczyna Synka Malinka, chętnie, swobodnie i z wdziękiem. Chciałabym żeby Synek przy tym wyborze pozostał...

W nocy spada temperatura, śnieg robi się twardszy, głośno chrupie i skrzypi pod podeszwami. Jestem coraz bliżej domu, ogrzanego i niemal oswojonego przez ciepło grudniowo-styczniowego czasu z bliskimi, przez ich kroki, głosy i śmiech. Niemal. Jeszcze tylko troszkę.


poniedziałek, 11 grudnia 2017

 

To zupełnie nie jest tak, że zgarniesz swoje bambetle do pudła, zapakujesz i rozpakujesz w innym miejscu. Jest zupełnie inaczej.

Aż do bólu staram się myśleć pozytywnie, widzieć dobre strony, ale momentami wszystko rozjeżdża mi się, jak końskie kopyta na lodzie. Z podobnym, jak on, mozołem, usiłuję zebrać się do kupy, ogarnąć, stwierdzić, że choć ślisko, to jednak równo i szeroko, i radośnie stukając kopytami, iść dalej.

Prawda jest taka, że moje życie wywróciło się do góry nogami. Chociaż nie, bo w ‘do góry nogami’ nadal doszukać się można kolejności i uporządkowania. A ja mam miszmasz, groch z kapustą i pomieszanie z poplątaniem. Wszystkie moje nawyki, zwyczaje, rytuały, ustalony porządek rzeczy, wszystko to zniknęło razem z szumem wody i drzew.

Ten dom wymaga innego rytmu, trybu życia, innych rozwiązań, których przyszłe kształty dopiero zaczynają się rysować w ogólnym chaosie. Do tego dochodzi całkiem fizyczna męka z rzeczami, które nadal szukają swojego miejsca i przekładane są to tu, to tam. Problemem też jest nasz domowy białas, Segalek, który nie chce przyjąć do wiadomości, że nie jest tu jedynie z wizytą i ciągle próbuje z łapy otwierać sobie drzwi na zewnątrz. Przy nieustającej mnogości osób kręcących się wte i wewte, elektryków, stolarza z pomocnikiem i Pana Marka Od Wszystkiego, te drzwi często są otwarte, więc biegam za każdym i je zamykam na klucz, aby za moment biec i kogoś wpuszczać. Za drzwiami jest podjazd z otwartą bramą, a za bramą jedna z najruchliwszych ulic…

Dostaję oczopląsu patrząc na nią przez kuchenne okno, więc podnoszę wzrok na korony drzew i niebo. Trochę pomaga. Brakuje mi ciszy. Mimo doskonałego wytłumienia, słyszę tę ulicę, słyszę też biegnącą nie tak daleko, z drugiej strony, 92-kę. M mówi, że jestem przeczulona, może faktycznie…? On zaaklimatyzował się tu zanim jeszcze się przenieśliśmy, a ja z Segalkiem, jak te sieroty ostatnie, problemy stwarzamy sobie nawzajem i innym. Gdyby żyła moja Babcia, bez ceregieli podsumowałaby taką moją gadaninę. Doskonale wiem, co i jak by powiedziała. Poszłoby mi w pięty. W zastępstwie mówię to sobie sama, ale nie wiem, gdzie to idzie…

A tu Święta blisko, coraz bliżej. 18-tego spada mi z nieba Bzdurka ze swoją szwedzką rodziną i wszystko musi być dopięte. Wigilia u mnie na 14 osób. Musi być dopięte.

Późnym wieczorem, gdy M na dyżurze, pozwalam sobie poużalać się nad sobą. Mimo, że mam ochotę na wcale nie symbolicznego, robię sobie wysmakowanego drinka, alkohol z melancholią.




piątek, 20 października 2017

 

Ogarnianie rzeczywistości jest bardzo czaso- i energochłonne. Na szczęście bywa też efektywne, czego wynikiem jest mój stan umiarkowanego samozadowolenia z tendencją zwyżkową. Jego istotnym czynnikiem jest postępujące zobojętnienie w temacie starego adresu, co być może nie najlepiej świadczy o mojej wrażliwości, ale znakomicie ułatwia życie. Do pewnego stopnia nawet czuję podziw dla sił własnych autosugestii, bo mózg swój poddałam praniu wyjątkowo bezkompromisowemu. Inna rzecz, że nie bardzo mam czas, żeby sobie przysiąść, przywołać, porozdrapywać... i efekt j.w.

Robię postępy w emocjonalnym zawłaszczaniu nowej rzeczywistości. Doskonałym posunięciem okazało się wymuszenie na M zamiany miejsc w małżeńskiej łożnicy o nazwie Barbados (proszę nie zadawać pytań- nie wiem...!), w wyniku czego to ja usypiam i budzę się z obrazem świerka na ulicy, a nie perspektywą na samcze, owłosione plecy M. Nie żebym narzekała na coś, uchowaj boże, ale nie czułam się komfortowo, gdy te plecy przysłaniały mi cały świat.

W kwestii świata - byliśmy romantycznie, jesiennie, oczywiście i nieodmiennie- w Kazimierzu. To miejsce ma magiczną moc; sprawia, że czuję się poukładana, z optymizmem patrzę w przyszłość, a spokój przenika mnie od adidasów po czubek potarganej głowy. Tylko cztery dni i tylko Kazimierz, a dla mnie wartość nie do przecenienia.

       

                                                          

              

                                                                                

Kontynuując wątek świata - posiłki spożywaliśmy w towarzystwie posłanki Gasiuk-Pihowicz, o ile tak można nazwać okołostolikowe sąsiedztwo. Posłankę też najwyraźniej przeniknął kojący duch Kazimierza, bo była wybitnie wyciszona i wycofana.

Na moje z gruntu pozytywne podejście do życia, niewątpliwie wpłynęła też taka oto czytelnicza pozycja:

     

W swojej naiwności myślałam, że wiem, co jest fajne, co mi sprawia przyjemność i co mnie odpręża, i- gupia - nie zdawałam sobie sprawy, że to nie takie zwykłe hop siup, jakieś nieważne zadowolenie, tylko HYGGE...!

Poza tym... nie czekam, gdy w sklepach, zanim dogasną zaduszkowe lampki, gruchną radosne Jingle bells i już zawczasu przygotowuję się do świąt. Choinki, co prawda, jeszcze nie mam, ale większość prezentów tak. I to jest dobry kierunek, w przyszłym roku zacznę kupować już od czerwca. Tym samym, można uznać, że postanowienia noworoczne też mam już z głowy.

A na koniec co...? Oczywiście ulubione Okienko Snajpera niemal z ostatniej wczorajszej chwili...

          

 


 



piątek, 01 września 2017

 

      

Zdarza mi się ni z tego ni z owego spojrzeć na M innymi oczami. Świeżymi oczami. Oczami kobiety nie będacej ani żoną, ani kochanką, ani nawet znajomą.

Widzę wtedy wysokiego, szczupłego mężczyznę, bruneta z przebłyskami siwizny, o południowej karnacji z niebieskawym odcieniem zapowiedzi zarostu i intensywnie niebieskimi oczami Alaina Delona. To one pierwsze mnie urzekły lata, lata temu, gdy jeszcze oboje tkwiliśmy w pierwszych małżeństwach.

Niezmiennie od lat w jeansach, białej koszuli z krótkimi rękawami i mokasynach. Wygląda w tym, jakby zszedł z planu zdjęciowego, na którym od niechcenia oparty o jakąś wypasioną brykę reklamował papierosy, albo jeszcze lepiej, koniak. Lekko, świeżo, niedbale elegancko.

Myślę sobie, że chciałabym znaleźć się w pobliżu tego mężczyzny. Sprawić, by zwrócił na mnie uwagę, żeby zainteresował się mną. Chciałabym mu się uderzeniowo spodobać, tak, by owładnąć jego myśli, tak, by szukał ze mną kontaktu. Chciałabym potem iść z nim trzymana za rękę i udawać, że nie widzę spojrzeń innych kobiet.

No właśnie, jego ręce... Mocne i kształtne, działają mi na wyobrażnię. Niesforne myśli podpowiadają mi sytuacje, w których mogłabym je poczuć, dowiedzieć się, jak to jest być przez nie dotykaną.

To wszystko dzieje się w parę sekund, może nawet mniej. Takie mgnienie, błysk oświetlający wszystkie emocje, fascynacje związane z M, nieco przytłumione codziennością. Przypominam sobie, że jestem z mężczyzną, którego kocham i który nadal mi się podoba. Już samo to wystarczy, by uważać się za szczęściarę.

W tyle głowy pojawia się niepokojąca myśl, czy on nadal widzi we mnie kobietę, w której się zakochał...? Czy o tym pamięta...? Obiecuję sobie głębiej schować bluzy, dresiki i wyjmować je tylko na okoliczność dyżurowych nieobecnośći M. Obiecuję sobie poprawiać makijaż, gdy M wraca do domu i częściej paradować w niekoniecznie wygodnych, ale podobających mu się łaszkach. Czyli - jak by nie patrzeć - podążać śladem Babci Hani, która dla swego Kazika stroiła się do kolacji... W każdym razie szlak przetarty i gdzieś tam w genach echem pobrzmiewa, a koszt chyba nie tak wysoki, by wspomóc przytrzymanie magii, nie pozwolić jej wyblaknąć i przy tym, jak najbardziej, być sobą...

                      ;)


piątek, 04 sierpnia 2017
                           .....
 Można wyzionąć ducha, ale jak lato, to lato. Przynajmniej będzie się pamiętać, że było.
Żebym się nie wiem jak starała, nie jestem w stanie przeciwdziałać opaleniźnie, która, jak wszyscy wiedzą, dewastuje, rujnuje, postarza i generalnie szkodzi. Ale nawet z iście chłopską opalenizną - nie narzekam...! Nawet kiedy szczerze wyznaję, że źle się śpi nocami. Balkon otwarty, okna w innych pomieszczeniach, drzwi do nich też i zamiast spektakularnych kłapnięć, i fruwających doniczek, martwa cisza. Zero podmuchu. Nawet firanka nie drgnie, zresztą nigdzie nie mam firanek. Duszę się i przyklejam albo do prześcieradła, albo do M, jedno i drugie jest... nieprzyjemne. Biorę prysznic co parę godzin, bo nie znoszę być spocona, chyba nawet mam lekką fobię w tym względzie.
O ile w międzyczasie nie roztopię się, częściowo wsiąkając w podłoże, a częściowo wyparowując, albo nie zamienię się w spaloną i obkurczoną skwarkę, to być może uda mi się jutro dojechać do Wrocławia. Będziemy tranzytem w drodze z-do, ale wymarzyłam sobie ten przerywnik, bo Wrocław jest od dawna na mojej liście. Myślę, że starczy nam czasu, aby skoczyć do afrykanarium, zerknąć na świat ze Sky Tower, no i oczywiście odzipnąć przy jakimś jedzonku na Rynku. Mam radochę, jakbym wybierała się do Wiednia, co najmniej.
Z aktualności:
błękitne niebo i niezmiennie interesujący widok z balkonu sypialni

... i słynny świerk, patrząc w drugą stronę

... i nasz nowy piesulek, trzymiesięczny synek ukochanego Czarnego Łepka, Gorana. Nazwaliśmy go Inwar :)
                                        no, niestety.
                                    Blox odmówił mi możliwości zamieszczenia jakiegokolwiek zdjęcia, jakim cudem tamte weszły...? Może Inwarek się nie podoba, bo nie w guście Bloxa...? :(



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11