Subiektywny,co zrozumiałe.Czasem w słodko-mdlącym zaściankowym sosie.Czasem liryczny,lecz bez aspiracji.Na ogół codzienny i dość nudny.Kobiecy ze wszystkimi konsekwencjami.Mój.
Kategorie: Wszystkie | pamiętnik osobisty
RSS

pamiętnik osobisty

czwartek, 15 września 2016

 

Uwielbiam ten tegoroczny wrzesień.

Wstaję rano, patrzę na świat otulony wilgotną szarością, tak kojącą, że pies nie zaszczeka, a ptak zaśpiewa krótko i speszony urwie dźwięk, jak hejnał z Krakowa. Powietrze pachnie iglakami i wodą. Wdycham rześki aromat, w który stopniowo wkrada się zapach porannej kawy. Potem ten obezwładniający upał i słońce, przed którym nie uciekam, bo mi go było za mało tego lata. Kąpię się we wrześniowym jeziorze z częstotliwością przedtem mi nie znaną w tym miesiącu. A nocami, przez szeroko otwarte drzwi tarasowe i sypialniano-balkonowe, wchodzą do domu gwiazdy z tajemniczymi , podłogowo-ściennymi widziadłami ożywianymi przez światło księżyca i powiewy wiatru.

To takie dni, w których nie mam żadnych zmartwień, bo o nich z premedytacją nie pamiętam, a jeśli już, to macham na nie ręką, jak na natrętną muchę. W ten sposób przeganiam myśli o zobowiązaniach bankowych, o nieterminowości wszystkich fachowców na nowym adresie, o chaosie sprzedaży i kupna samochodu, a nawet o tym, że kosmetyków mam więcej niż kiedyś, przed lustrem stoję dłużej niż kiedyś, a efekt nie jest taki, jak kiedyś...sio, no już...!

A co w kąciku literacko-filmowym? Istny kryminał. Przerabiam Arne Dahla jak leci, chyba zostanę specjalistką od twórczości rzeczonego. Zafiksowałam się też na serialu Trapped , który w środowe wieczory nadawany jest po dwa odcinki na AleKino+. Muszę go nagrywać, bo rzadko o tej porze siedzę przed telewizorem. Nawet jeśli nie jestem zajęta, to szkoda mi chwil pod granatowym niebem, pod gwiazdami i pod pledem, bo komary jak latające krowy, jak mówi Bzdurka. Mniejsza o komary. Wrześniu trwaj...



 


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

 

Wyjątkowo szybki , choć wcale nie nieoczekiwany .

Codziennie kilogramami zbieram pomidory i kwaterkami maliny .


Intensywnie wychowuję Segalka , który ma usposobienie całkiem inne , niż wilcze szczenięta .


Co dwa-trzy dni tłukę się po domu , jak osa w słoiku i oscyluję pomiędzy rozdrażnieniem , a przygnębieniem z powodu rekordowej ilości dyżurów M.

Zastanawiam się , czy uda nam się zrobić Święta na nowym adresie i odpowiedź zależy od tego , czy jestem w fazie przygnębienia , czy nie .

Martwię się , że Bzdurka nie chce mieć potomstwa i owo zmartwienie jest niezależne od jakiejkolwiek mojej fazy .

Poza tym...

... Nocami przysiadam na tarasie i patrzę na kosmos nade mną . Wypatruję spadających gwiazd , zarzucam je gorącymi prośbami , których nie ubywa .

Wieloznaczny , jak zwykle , sierpień , trochę letni , trochę jesienny , słodko-gorzki , z delikatnym spleenem i posmakiem dekadencji .

Dotykam kamieni , za dnia rozgrzanych zamglonym słońcem , teraz pozostawiających wilgoć na palcach . Zatrzymuję wzrok na nierównej kresce lasu na horyzoncie , bardziej przeczuwanej niż widocznej w ciemności . Myśli się uspokajają i elementy układanki odnajdują swoje miejsce , aż do następnego dnia .

Kocham ten czas , kocham te chwile , gest , którym M sięgnie za chwilę po swój kielich z winem i uśmiech , którym mnie obdarzy .

Piękny jest koniec lata...




środa, 20 lipca 2016

 

Myślałam , że trwale i skutecznie zabarykadowałam drzwi przed  Złem , które chciało zapanować nad naszym życiem , ale wygląda na to , że zapomniałam o tylnym wejściu.

Mój Synek Malinek zasnął za kierownicą na trasie z Zielonej Góry do Poznania . Duże , dobre volvo , teraz do kasacji , owinęło się wokół drzewa , ale uratowało mu życie . Posiniaczony , z uszkodzonym nadgarstkiem , żyje i jak mówi , już wie , jak to jest , gdy finał jest przesądzony . Wisienką na tym zatrutym torcie jest mandat , jaki dostał od policji , za uszkodzenie mienia , bo wjeżdżając w drzewo , skosił barierkę . Może Greenpeace wystawi rachunek za drzewo ...?

Nie da się żyć spokojnie , choć teraz limit zagrażających życiu zdarzeń wydaje się być wyczerpany . Może to koniec złej passy , bo skąd brać siłę na więcej ? Napędza mnie codzienność , nawet ta szara i mokra tego lata , napędza mnie miłość M , ale chwilami moje precyzyjnie wzmacniane pozytywne myślenie wali się w gruzy . Zbieram wtedy te okruchy , mniejsze i większe , składam , umacniam... i cieszę się z każdego spokojnego , dobrze przeżytego dnia .

I nawet planuję - w sobotę jedziemy pod Łódź po dwumiesięcznego Segala , owczarka szwajcarskiego , który w chwili pierwszego naszego spotkania wyglądał tak :


Jestem niepoprawną estetką , więc już się cieszę na wyjścia z białasem w akompaniamencie moich ukochanych Czarnych Łepków .


Żeby zamknąć wątek zoologiczny , wspomnę jeszcze o bezdomnej kotce ( ksywka Ugly ), która zagnieździła się na tyłach domostwa , z trzema słodkimi córkami . Wyleczyłam , odkarmiłam , jedno postanowiłam zatrzymać , dla reszty znalazłam dom... i wtedy kotka skrzyknęła córki i zniknęła , tak nagle , jak się pojawiła . Poczułam się zrobiona w karolka , doprawdy .


Nagły był pomysł i nagła realizacja - skoczyliśmy sobie na lody do Torunia , ciepłego , tłumnego , ale niezmiennie urokliwego .


Za kilka godzin miałam się dowiedzieć , że mój synek dostał w prezencie życie ...



poniedziałek, 27 czerwca 2016

No to jestem.

Palce zastygają nad klawiaturą , bo co tu napisać ...? Podjąć wątek , tam gdzie go przerwałam , jak gdyby nigdy nic , czy mówić , co było pomiędzy "wtedy", a "teraz"...?

Ciężko , bo zdążyłam cały swój kosmos obejść . Na szczęście udało mi się wrócić , choć w pewnym momencie chciałam tu zajrzeć i o trzymanie kciuków prosić , bo drogowskazy rozmyły się w kosmicznej czerni . Utajona mistyczka walczyła ze zdeklarowaną realistką , zresztą walczyło we mnie wszystko .

Nadal nie umiem i nie chcę o tym pisać , grunt , że jestem , tu też jestem . I będę . Grunt , że dzieci płakać nie będą , ani psy wyć po nocach . Życie smakuje jeszcze bardziej i wiem , że już nigdy nie rozzłoszczę się na uparcie rozsypywany przez M cukier na blacie kuchennym , tylko uśmiechnę się do myśli , że to przecież element życia , które tak kocham .

Parę dni temu wracaliśmy z M z Lublina . Droga na urokliwym odcinku była prawie pusta , obrośnięta gęsto drzewami . Słońce tworzyło koronkowe refleksy , silnik mruczał hipnotycznie , a M gwizdał w takt piosenki z radia . "Oprócz błękitnego nieba , nic nam więcej nie potrzeba"...i patrzył na mnie tymi oczami , w których skoncentrował się cały mój błękit .

I niech tak zostanie .



wtorek, 16 lutego 2016

 

W odcieniach szarości , wilgotnym powietrzu , rześkim chłodku czuję wiosnę , albo co najmniej przedwiośnie . Jest coś elektryzującego w tym przesyconym mgłami powietrzu , coś , co sprawia , że nie mogę usiedzieć na miejscu . Pewnie to jakiś zakamuflowany atawizm , genetyczna spuścizna po jakimś bliżej mi nie znanym przodku , zbliżonym zapewne do kręgów kozackich - wszak wiosnę czuć , przestrzeń woła , krew się burzy , step się rychło zazieleni , w Dzikie Pola czas...

Z braku Dzikich Pól , gna mnie bardziej prozaicznie , mało poetycko , za to efektywnie . W domu jest mnie mało  , przez co doceniam rozkosz powrotów . Delektuję się ciepłem , dotykiem dywanu pod bosą stopą , spokojem , muzyką , urokiem rozproszonego światła lampy . Piję pyszną herbatę z cytryną i miodem i myślę sobie - dobrze mi ...

W minioną sobotę wydałam obiad rodzinny ze wszystkimi szykanami i przytupem , aby uczcić należycie koniec edukacji Synka Malinka . Ukończył właśnie drugi z dwóch ciągniętych równolegle ( z rocznym przesunięciem ) kierunków studiów i w zeszły wtorek pomyślnie obronił drugą - i ostatnią - pracę . Przeszedł też pomyślnie przez gęste sito selekcji i dostał dobrą pracę w pewnej włoskiej firmie na stanowisku konstruktora . Na te oto okoliczności cała rodzina - z wyjątkiem rozwiedzionego Sistarsa , któren znać nas nie chce - dobrze zjadła , dosłodziła się i szampańsko napoiła . Innym znaczącym wydarzeniem w moim życiu jest zaistnienie wewnętrznych schodów na nowym adresie , co , jak się obawiałam nie bez pewnych podstaw , nigdy nie nastąpi . Ale są , już są , z grubaśnych dech , na grubaśnych wangach , solidne , szerokie , wygodne i upojnie pachnące dębiną . Wreszcie można do naszej przyszłej sypialni dostać się w sposób cywilizowany , nie odmawiając wszak drabinie doniosłej myśli technicznej . Spotkałam się też z Eksem i zostałam ucałowana w policzki . Oba . Było to prawie jak seks , szkoda , że nieudany , bo udawany . Ale wyglądało imponująco , co tym bardziej kojarzy mi się z udawanym seksem .

Poza tymi spektakularnymi wydarzeniami trwa życie pełne życia i tak szare , jak pejzaże za oknem . I z tym też mi dobrze , bo w szarościach zawsze mi było do twarzy . Tym bardziej , że do szarości szalenie pasują takie oto drobiażdżki :


Wiedziona entuzjazmem wyczytanym na internetach obejrzałam hurtowo trzy odcinki serialu Poldark i uznałam , że ze mną coś nie tak , bo znudził mnie do podszewki . Dla równowagi obejrzałam taśmowo wszystkie odcinki Wojny i pokoju (2015) i po ostatnim też stwierdziłam , że do bani i nie dorównuje wcześniejszej koprodukcji z Alesso Boni w roli Bołkońskiego . Tutanchamona odpuściłam sobie po pierwszym odcinku , bo z historią się zasadniczo rozmija , a tego nie lubię . Więcej sensu już jest w śledzeniu przygód Zorro . Dzieła z Di Caprio pt Zjawa , z premedytacją nie obejrzę , bo nie odpoczywam na takich filmach , a walkę z niedźwiedziem jestem w stanie znieść tylko w końcowej sekwencji Wichrów namiętności . Obejrzałam natomiast Marsjanina z Mattem Damonem i szczerze polecam . Książek czytam dużo i po kilka jednocześnie , a teraz dostałam takie :

                             Pozdrawiam :)



wtorek, 19 stycznia 2016

 

...to sentencja , którą w zamierzchłych , licealnych czasach często powtarzała moja profesorka od angielskiego , Piękna Zofia . Wypisywałam ją na okładkach wymyślnymi literami , z nudów ozdabiałam secesyjnymi girlandami i arabeskami . Pewnie dlatego tak utkwiła mi w pamięci , bo nie przypuszczam , abym zaprzątała sobie swoją nastoletnią głowę zagadnieniami zmienności , tudzież przemijania .

Piękna Zofia już od lat pija fajfoklokową herbatkę z anglojęzycznymi aniołkami , a ja nadal mam parę swoich zeszytów z wykaligrafowaną sentencją . Jeden z nich wpadł mi w ręce przy okazji świątecznych porządków i podczas gdy ręce owe przyspawane były do szmaty , myśli w głowie swobodnie wylatywały ponad poziomy przez szmatę wyznaczone .

Czy zmienność jest tożsama z przemijaniem ? No właśnie .

Zagadnienie to filozoficzne , dla mnie ma jednakowoż swoją bardziej konkretną , wymierną i przyziemną stronę .Nie wnikając , czy coś się zmieniło , nie przemija mi zniecierpliwienie . Ani rozdrażnienie . Ani chęć uprzykrzenia życia . Adresatem tych emocji jest ni mniej , ni więcej ... M , co też dość łatwo można by wpisać w wątek przemijania . Po prostu minęła mi święta cierpliwość , szlag ją trafił spektakularnie , gdy ostatnio zaskoczył mnie paroma decyzjami nie tyle złymi , co wybitnie nie na czasie . W konsekwencji opóźnią zapewne przeprowadzkę , a to oznacza przedłużający się chaos , dojazdy , rozjazdy i mękę funkcjonowania na dwóch adresach plus trzeci pracowy . Demonstruję teatralnego focha i nerwowe zniechęcenie z małymi przerwami na sen .

Ten niezbyt typowy dla mnie psychostan pogarszają w tej chwili czynniki  , zdałoby się , nieistotne . A tu , proszszsz... Włączam ciemnym rankiem tvn24 i widzę niejakiego Kantereita . Żyć się odechciewa już na starcie . Potem śnieg własnonożnie naniesiony na dywanik w aucie . Moje poczucie estetyki wyje i nic go nie przekona , że białe kupki roztopią się , wsiąkną i znikną . Sprawy istotne mieszają się z drobnicą , gradacja i dystans poszły w cholerę . Męczę się ze światem , sobą , przepełnia mnie złość , frustracja i pretensje . A wszystkiemu winien jest ON .

Chwilami do mnie dociera , że piękną zimę mamy . Uświadomiłam sobie , że nie zdarzyło mi się jeszcze pokazywać zimowego jeziora , co niniejszym czynię . I przy okazji parę ujęć pykniętych na trasie z jednego adresu na drugi i jednocześnie trzeci , pracowy . Codziennej trasie , przemierzanej średno trzy razy dziennie...




niedziela, 13 grudnia 2015

 

Większość długich i ciemnych , grudniowych wieczorów spędzałam przy swoim biurku , w kojącym kręgu światła lampki i mniej kojącym blasku ekranu komputera . Zajmowałam się intensywnie napędzaniem gospodarki . Teraz , kiedy gospodarka z pewnością ma się lepiej , a mnie widmo bankructwa coraz śmielej zagląda w oczy , klikam w nieco zakurzoną zakładkę i oto jestem .

Sama nie wiem , co mam zrobić . Pisać , co robiłam , gdy byłam gdzie indziej , pokazać fotkę , składać życzenia , zagrać jakieś swoje ulubione nutki , wprowadzające w nastrój ...? Mam chaos w głowie , a czas najwyższy zacząć sobie ładzić rozłażące się wątki . Już za tydzień spadnie mi z nieba szwedzka rodzinka , którą z lotniska w dużym mieście P. zgarnie Synek i ... od tego dnia do czwartego stycznia będę miała pełną chatę . Wypada więc trzymać się planu i do czasu wyczekiwanego desantu ogarnąć całokształt .

Na razie jednak idę na efekt . Ubieram balkon na nowym adresie od strony ulicy i sama sobie przyznaję palmę pierwszeństwa w kwestii dekorowania , przynajmniej na rzeczonej ulicy . Na starym adresie sukcesywnie maję wnętrza , a może raczej "grudnię" ? Bo też idzie mi jak po grudzie , a robota w rękach bynajmniej się nie pali . Pracuję nad sobą , autosugestię przemyślną  stosuję i trochę skutkuje - przewieszam świecącą gwiazdę z jednego okna na drugie . Potem już gorzej . Jadę po kolejne zakupy ( czy to się nigdy nie skończy...?! ) i zapominam rozpiski . W rezultacie kupuję połowę potrzebnych rzeczy i o wiele za dużo z czapy wziętych , w tym kryminał "Dziewczyna z pociągu''Pauli Hawkins ( już przeczytałam , rewelacja , polecam na prezent dla siebie ) W konsternacji wchodzę do sklepu ze świetnymi , niestety , ciuchami i odstresowuję się , kupując kieckę , w której wystąpię na wigilii . Chyba . Jak tak dalej pójdzie , to zanim ściągnę do domu wszystkie niezbędne wiktuały dla całej armii , skompletuję sobie nową garderobę na całe święta , z sylwestrem włącznie . Najlepiej mi idzie sprzątanie , może dlatego, że nabyłam sobie również twarzowy dresik . W ogóle go nie czuję i bynajmniej nie dlatego , że na mnie wisi .

Przeszło mi przez myśl , że moje aktualne , nietypowe dość niezorganizowanie jest wynikiem szoku , jaki mi zafundowała pewna szóstoklasistka , którą niedawno zgodziła byłam na angielski dokształt . To była fatalna decyzja , bo słowa jej matki , że "ma zaległości" , to eufemizm tchnący optymizmem . Dziewczynka bowiem nie umie nic , a po polsku nie jest w stanie wymienić osób liczby pojedynczej i mnogiej... Ale za to jej rodzice ( i zapewne ona sama za jakiś czas ) są w stanie znacznie sprawniej napędzać gospodarkę i żadnych widm przy tym nie widzą . 

I od tego zacznę swoje dla Was życzenia - żadnych widm zaglądających w oczy , ani nawet dyskretnie chrząkających ! Niech dobra wszelakie spływają do Was szeroką rzeką , popychane falami pomyślności i satysfakcji , a zdrowie niech pozwala cieszyć się nimi i życiem , i światem. I miękkości w sercu Wam życzę , aby piękno tego świata umieć widzieć i umieć się nim zachwycić . I niech dobrzy anieli skrzydłami przed złem Was chronią .

                     Wesołych Świąt ! :))


niedziela, 22 listopada 2015

 

Zapachniało drewnem na nowym adresie .

Po raz pierwszy napaliliśmy w nowym kominku . Paliło się tak żywiołowo , jakby kominek za moment miał wystartować w kosmos , buczało i huczało , a to pożądana ,najpiękniejsza kominkowa symfonia . Nawet przy szeroko  otwartych dzrzwiczkach dym nie śmiał wychynąć najbledszą choćby smużką . Dobra robota .

Siedzieliśmy w pustym salonie przed kominkiem z kubkami kawy w ręku i pozwalaliśmy hipnotyzować się płomieniom . Z braku miękkiego pleda , dywanu , o puchatej skórze z białego zwierza już nie wspominając , umieściliśmy nasze siedzenia na obrzynie styropianowym . Było bosko . 

Z lekka podgryzają mnie wyrzuty sumienia . Pojawiają się , jak tylko gasimy światła na nowym adresie i zamykamy za sobą drzwi . Chcę wracać do domu i nie chcę wychodzić stąd . Jakby nie ciął , ciągle za krótkie - opanowują mnie z gruntu niepoważne pretensje do niewiadomo kogo . Niestety , zdarza się , ze sama za sobą nie nadążam .

Kompletnie też nie nadążam za Sistarsem Starszym , któren to sistars finiszuje już ze swoim rozwodem . Zamienił był sistars dostatni dom i całkiem reprezentacyjnego męża , na pokój z kuchnią i przyszłego męża , całkiem nie reprezantacyjnego , gdzie by nie spojrzeć . Przy okazji skłócił był ów sistars całą rodzinę z przyległościami . Mam nadzieję , że na fali świątecznego ''kochajmysię'', coś niecoś da się w tej materii odwrócić . 

Bo jak by nie patrzeć , blisko , coraz bliżej te święta . I o ile wiadomo , że prostokącik w trójdzielnym kalendarzu z całą pewnością do tej daty dobije , to pozostaje pytanie , czy psychika nadąży. Dla mnie święta to nie tyle data , co stan umysłu , a z takim luksusem , dla większości oczywistym i dostępnym , u mnie cienko...

Póki co , od wczorajszego wieczora , w nastrój wprowadza mnie moja Bzdureczka , śląca mi na gorąco foty ze stanu aktualnego pod swoim kołem podbiegunowym . Padało od wczoraj od 16tej , całą noc i dziś rano nie mogli otworzyc drzwi , nawet z pomocą kota. Biało , nie biało , miło mi było patrzeć na miejsca , które zdążyłam już poznać , bardzo miło...



wtorek, 03 listopada 2015

 

Dni są urzekająco piękne . Skutecznie odgradzają od jesiennych refleksji o przemijaniu , odsuwają chandry i smuteczki , i dają irracjonalną nadzieję , że tak już zostanie . Zachody słońca , idealne tworzywo dla artysty o melancholijnym usposobieniu , rozmarzają mnie i wyganiają z domu . Włóczę się z dowolnie wybranym psem , a rozbiegane myśli cichną , miękną i dają sobą kierować . Do pionu ostatecznie stawiają ranki i wieczory , gdy wciągam zimną wilgoć i nie mam wątpliwości , że to już listopad .


 

Liczę dni .W poniedziałek spadnie mi z nieba moja gwiazdka , córka-bzdurka . Na parę dni zaledwie , ale zawsze to coś . Wystarczy , aby przed wylotem , w niepodległościową środę skrzyknąć całą rodzinę na obiad , honorujący wszystkie nasze listopadowe daty . Imieniny Bzdurki , imieniny i urodziny synka-malinka , moje osobiste urodziny , kiedyś jeszcze były urodziny Byłego , ale teraz zastępuje je godnie rocznica moja i M , ósma już... tyle tego , że można by imprezować cały miesiąc . Będzie gęś , będzie tort , będzie kalorycznie , niezdrowo i przepysznie . Prawie świątecznie...

 


 



wtorek, 20 października 2015

 

Nieważne , że znów nie zrobiłam wszystkiego , co zaplanowałam . Już mnie to tak nie stresuje , odkąd zaakceptowałam wiedzę , że to ja sama jestem dla siebie najsurowszym oskarżycielem i sędzią . 

Na pewno nie jest nim M .

Nigdy mi nic nie wytyka , nie zarzuca , nie krytykuje . Gdy widzi , że zaczynam się miotać , a sprawy zauważalnie leżą , po prostu bierze się za nie . Partnerstwo ? Równouprawnienie ? A może parytet...? Gdzież tam . Zamiast tych wszystkich wynalazków wystarczy miłość . Empatia . I tolerancja . Jakie to proste...

Palce M przebiegają kilometry na mojej skórze . Wystukuje opuszkami niesłyszalne symfonie w sobie tylko znanym rytmie . Może smakuje każdym opuszkiem ciepło mojej skóry , a może robi to bezwiednie , błądząc myślą w nieznanych mi przestrzeniach...? Dylemat blaknie i wtapia się w ciemność , a ja uśmiecham się , bo spokój i rozluźnienie przeciągają się we mnie , jak syta kotka . 

Uwielbiam te chwile przed zaśnięciem , gdy jeszcze czuję dotyk , łaskotanie oddechu , ciężar nogi zaborczo unieruchamiającej moje . Nawet lekki dyskomfort . Nie zdążę się już poruszyć , wyswobodzić , nawet nie drgnę . Zasnę z echem uśmiechu na ustach .

 



niedziela, 11 października 2015

 

Jesień mamy tak piękną , że przejeżdżając przez okoliczne chęchy , przystanęłam i zrobiłam zdjęcie . Byłam w drodze z jednego domu do drugiego , co od dłuższego czasu jest normą , tak samo jak normą jest to , że spieszyłam się bardzo .

Miałam na głowie likwidowanie warzywniaka , co w moim wydaniu wiąże się z pozostawieniem ziemi przesianej przez sito , ostatnie koszenie trawy , wypalenie chabazi , wykopanie - razem z M oczywiście - jodełki circa trzymetrowej i wkopanie jej zupełnie gdzie indziej , posadzenie paru drzewek owocowych ... i całą masę innych rzeczy , których nie ma sensu wymieniać , jako że mam je na głowie codziennie . 

Spieszyłam się też , ponieważ pomyślałam , że im szybciej się wyrobię z pracą , to tym szybciej siądę i obejrzę najnowszy film z Gyllenhalem "Do utraty sił" / wrócę do aktualnie współczytanego kryminału śp Mankella / zabarykaduję się w łazience i podaruję sobie odrobinę luksusu w postaci domowego , swojskiego spa , po którym poczuję się młodsza . Oczywiście psychicznie młodsza .

Nic z tego . Wróciliśmy skandalicznie późno i w czasie , gdy M brał prysznic ( wygrał pierwszeństwo w orła i reszkę ), zasnęłam w salonie na kanapie , słodko ukołysana przepychankami na linii PO - PiS w TVN24 . Byłam tak skonana , że miałam siłę tylko na milczącego focha , gdy M mnie obudził i wysłał do łazienki .

Tak bibrzę i bibrzę , a chodzi mi mniej więcej o to , że lato się kończy , człowiek się kończy , lat przybywa , sił ubywa , ręce opadają i nic w tym podupadającym jestestwie nie jest tak malownicze , żeby przystanąć i pykać foty . 

Film obejrzałam dzisiaj - płakałam prawie jak na "Mieście aniołów" , czyli byłam dokładnie zasmarkana i półniewidoma . Dobrze , że M na dyżurze , bo mogłoby się okazać , że miłość wcale nie jest ślepa . Zrobiłam sobie spa i zepsułam wagę łazienkową , co ma ze sobą związek o tyle , że dotyczy jednego pomieszczenia . Czytam kryminał , obok włączony laptop , kawa i herbatniki mafijne , własnoręcznie kupione . A zielone pomidory sprzątnięte wczoraj z ogródka , czerwienią się ze wstydu za moje lenistwo bezsilne ...

 


sobota, 03 października 2015

 

Jeden z jesiennych dni na przełomie września i października . Ze słońcem prześwitującym przez jeszcze zielone drzewa ( skąd właściwie tyle liści pod nogami ?), uwodzicielskim błękitem nieba , a porankiem szarym, rześkim . 

Znacząca data .

Ileś lat temu ( dużo , ale nie liczymy), ten dzień też tak wyglądał. Tak go właśnie zapamiętałam - z zimnym , bezbarwnym rankiem owianym parą z ust , a potem błękitno-rozsłonecznionym i ciepłym. Tego dnia , przez cztery lata liceum, dwie skądinąd bardzo dobre uczennice robiły sobie wagary. Siedziały w domu dowolnie wybranym, bo oba były zachęcająco puste o tej porze, słuchały muzyki - królował Pink Floyd, Ewa Demarczyk, której z emfazą wtórowały tak przy Grande Valse Brillante, jak i Groszkach i różach, i Elvis Presley dla złapania oddechu. Często też była w użyciu płyta z Litanią Ostrobramską Moniuszki i Novi Singers śpiewający Chopina. Niezły rozrzut, jak na licealistki . 

Omawiały wszystkie bieżące sprawy, kto z kim, a kto nie i dlaczego, kto przestał się podobać, a kto zaczął. Gdy poemat dygresyjny dyskusji schodził na literaturę, która stanowiła clou zainteresowań, wręcz życia licealistek, nieuchronnie i niezmiennie dochodziły do konstatacji, że profesorka od polskiego jest denna i o niczym nie ma pojęcia - obie były laureatkami olimpiad i konkursów polonistycznych i pozjadały wszystkie rozumy.

Gdy zgłodniały, pochłaniały kajzerki z serem gouda. Potem wypijały wino. Preferowały Murfatlar, w ostateczności Witoschę . Potem , gdy było już wystarczająco złoto-błękitnie, szły na długi spacer nad rzekę. Leżały w rozgrzewającej się trawie, gapiły na obłoki w akompaniamencie rzecznego szumu i wskrzeszonych słońcem much i gadały, gadały, gadały...

To im zostało do dzisiaj.

Gdy rozmawiają ze sobą przez telefon, nie ma odległości Kraków - Wielkopolska, a czas staje w miejscu. Co najwyżej bateria siada w telefonie.

Moja przyjaciółka z Krakowa - chyba parę razy o niej wzmiankowałam po drodze...? - tego dnia obchodzi swoje urodziny . Dzień , w czarodziejski sposób się nie zmienia . I my też, choć zmieniłyśmy się tak bardzo, tak naprawdę jesteśmy wciąż te same...

PS. Miałam dołączyć Novych Singers ćwierkających Chopina, ale pomyślałam sobie , że moje sentymenty , co tam... Zamiast Novych , coś , co podoba mi się tu i teraz. Swingle...Singers nomen omen ;)

 


czwartek, 17 września 2015

 

Wrzesień kołysze , grzeje , rozmarza . Nie widać , żeby cokolwiek czaiło się za zakrętem , ba ...! nawet zakrętu nie widać , a tylko rozświetlony , jednoznacznie przejrzysty horyzont . Chciałabym te dni , godziny i minuty rozciągnąć i przeciągnąć niezauważenie przez krytyczny czas , który kiedyś przecież mnie dopadnie .

A tymczasem trwa wrześniowa , niespieszna bajka o najzwyklejszej codzienności . Takiej jak ta , w której zwykle zatopiona w wodzie betonowa kładka , prowadząca w toń jeziorną , doczekała się naprawy . Dzięki temu , że linia wody cofnęła się o dobre trzy metry , M z chirurgiczną precyzją murarsko uzupełnił ubytek w betonie , który niewtajemniczonemu użytkownikowi jeziora groził złamaniem nogi . Praca była kończona wraz z zapadającym zmierzchem , co jest doskonałym wytłumaczeniem dla wykonanej przeze mnie , niezbyt gładkiej gładzi.



Wczesne poranki , rozsłonecznione , rześkie , przesycone zapachem wody i jesiennej trawy , to zastrzyk dobrej energii na cały dzień . Na sąsiedzkim pomoście , osłoniętym i ciepłym ,dokąd zawędrowałam z Borysiem nr 2 , niemal zasnęłam ukołysana pluskiem wody .


Zatopiona we wrześniowej krainie łagodności i babioletnim rozmarzeniu , wzięłam wczoraj do ręki swój dowód rejestracyjny , tylko dlatego , że wypadł mi z przewróconej torby . Powzięłam przekonanie , że przewróciła ją moja Mama swą troskliwą , astralną siłą woli , aby mnie wyrwać z mamiącego błogostanu i sprowadzić z hukiem na ziemię , gdyż termin przeglądu auta mego minął w styczniu ubiegłego roku ...

Ale to było wczoraj . Dziś jest znowu piękny dzień , a ja , ze świeżo wbitą pieczątką w autowych dokumentach , na wczesnojesienne , śliwkowe , ciepłe crumble proszę ... 

                                 :)

 


środa, 09 września 2015

 

Postępują prace na nowym adresie . Kuchnia jest już zaplanowana i rozplanowana , projekt graficzny zatwierdzony , oddany do realizacji . Kropka . Szokujące elementy wystroju w  rodzaju czarnego blatu , czarnego zlewozmywaka i czarnego frontu lodówki już mi się na tyle uleżały w nieustannym wizualizowaniu przyszłych wnętrz , że niezauważenie przestały szokować . Wiem już , gdzie i jak będę trzymała gary i gdzie na blacie będzie miejsce elektrycznego czajnika . Prawdę mówiąc , jestem coraz bardziej ciekawa efektu końcowego , a póki co , zajmują mnie detale takie jak podświetlanie tu i ówdzie tego i owego . Mentalnie już tam mieszkam , a może właśnie już nie ''tam'' , tylko ''tu''...? Przed nami jeszcze długa droga , ale przyszły rok zdaje się być realnym terminem zmiany życiowej lokalizacji . 

Wszystkie rozdwojenia jaźni i inne rozdrapy przede mną , w związku z powyższym . Chyba w ich przeczuciu łapię się na tym , że robię mnóstwo zdjęć jeziora . O różnych porach dnia , w słońcu , bez słońca , z chmurami i bez ... To bez sensu , bo kiedyś , gdy tylko one mi zostaną , pęknie mi serce . Gdy pozwolę pamięci podsuwać obrazy pokojów wypełnionych głosami moich dzieci , schodów , po których wspinały się małe nóżki , też mi pęknie serce . Czyli wyrok jakby zapadł...

No to , póki jeszcze nic mi nie pękło , taki jeden smakowity zachód słońca sprzed dni paru , proszszszsz....


A tu jeszcze kynologiczna zagadka dla tych , którzy się znają , lub chcą się znać - jakiej rasy jest ten trzymany przeze mnie  dwutygodniowy szczeniaczek ? :)





środa, 02 września 2015

 

Gdziekolwiek jestem , lubię wracać do domu . Podróżniczka ze mnie żadna i niewiele jest wyjazdów , podczas których umiem zapomnieć o domu i nie tęsknić , mniej lub bardziej skrycie , za powrotem do niego . 

Tego wyjazdu nie mogłam się doczekać . Zaplanowany był niemal od wiosny. Minęła wiosna , dopełniało się piękne lato , a ja czekałam na ten ostatni tydzień sierpnia . I wróciłam tam , gdzie byłam już , z M  równo rok temu i tam , gdzie równo za rok będziemy znowu . To już zaplanowane .

Do Kazimierza chce się wracać . To miejsce , w którym czas się zatrzymał . Na parę dni mój czas też się zatrzymał , ba...! nawet cofnął . Koślawiłam stopy na niedorzecznie nierównych kocich łbach i choć czasem zabolała stłuczona kostka , nie przeszkadzało mi to wcale . Fragmenty współczesnego chodnika są ulgą dla nóg , ale cieszę się , że nie ma tego polbruku za dużo . Tak jest dobrze ...


Na Rynku nic się nie zmieniło , ani od zeszłego roku , ani od lat minionych . Myślę , że za rok też będzie tak samo . W trzydziestostopniowym upale , oślepiającym słońcu starannie i z pieczołowitością wybierałam koguty i aniołki na prezenty , oglądałam dziesiątki mniej lub bardziej kiczowatych grafik , akwarel i olejów , z lekkością zawierałam znajomości , z namaszczeniem smakowałam lody , delektowałam się lodowatym piwem i byłam cała tylko tą chwilą i tylko tym doznaniem .

Ten , kto powiedział , że są miasta , które nie zasypiają , miał zapewne na myśli Kazimierz ;) Noce sierpniowe nie sprzyjały szukaniu snu , byłaby to strata czasu , strata ciepłej ciemności tętniącej dźwiękami , migoczącej światłami lamp i lampionów , pełnej gwaru , który solidarnie przymierał , gdy rewelacyjny gitarzysta grał kolejny, lekko swingujący kawałek . Akordy wypełniały rynek , wciskały się w podcienie , przysiadały na gzymsach , zderzały się w mroku , odciskały swój nerwowy rytm w głowie i wchodziły w asocjacje z obrazami realnymi i nierealnymi . Ze zdumieniem spojrzałam , gdy M zaproponował powrót , bo już minęła druga ...


Jak to w Kazimierzu bywa , na Rynku nie można było nie zobaczyć panny młodej . Tym razem była to Uciekająca Panna Młoda . Biegła przez Rynek , trzymając w rękach białą pianę sukni i odsłaniając opalone łydki . Za moment była już po lewej stronie , potem widzieliśmy ją jeszcze w jakiejś bocznej uliczce . Ku naszemu zdumieniu , ujrzeliśmy ją znowu , gdy po powrocie do pokoju wyszliśmy na balkon . Zbiegała po schodach z nadwiślańskiego bulwaru ... i zaraz pognała dalej .


Tym razem mieliśmy pokój od strony wiślanej .Wisły było o połowę mniej , przycichła , uspokoiła się , wyniebieściała .  Przez szeroko otwarty balkon nocami wysyłała do naszego  pokoju rześkie , rzeczne tchnienie , kojące po skwarze dnia . Sen przychodził bez ostrzeżenia .


W ramach odkurzania moich wspomnień , wybraliśmy się na pół dnia do Lublina . Pokazywałam M swoje studenckie miejsca , opowiadałam mu różności , trochę się smuciłam , trochę dziwiłam... Zabrałam go też na Starówkę i na Zamek , bawiło mnie zaskoczenie M , że Lublin ma taki imponujący obiekt , o którym ledwo co słyszał .


Rok temu zamieściłam fotkę pustej chałupki bez oznak życia . Teraz życie już było , może w perspektywie remont...? Zobaczymy , co będzie z nią , gdy wrócę tu za rok . 



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9