Subiektywny,co zrozumiałe.Czasem w słodko-mdlącym zaściankowym sosie.Czasem liryczny,lecz bez aspiracji.Na ogół codzienny i dość nudny.Kobiecy ze wszystkimi konsekwencjami.Mój.
Kategorie: Wszystkie | pamiętnik osobisty
RSS

pamiętnik osobisty

wtorek, 29 listopada 2016

 

Wziąwszy pod uwagę postępującą martwicę mojej blogowej obecności, doszłam do wniosku, że jeśli teraz się nie zmobilizuję, to rok minie, a tu nadal będzie Kazimierz, jakby na dowód, że czas w nim stanął w miejscu. U mnie zaś galopuje, co jak zwykle pozostaje w konflikcie z teorią naczyń połączonych, ale może czasu ta teoria nie dotyczy.

Zrobiło się biało, co jest estetycznie miłe, ale w praktyce niewygodne, a myśl o nadchodzących Świętach podnieca i niepokoi jednocześnie. Niemniej, od jakiegoś czasu jestem na fali wznoszącej, czego efektem jest już ukończone kompletowanie prezentów. Na wypadek, gdyby Mikołajowej uwadze umknęła moja skromna osoba, sobie też sprawiłam prezent. Dopiero co go rozpakowałam i siedzę sobie w tym jakże miłym rozgardiaszu.


Przedziwny był ten rok. Dramatyczny, jak żaden dotychczasowy, a od paru miesięcy tak hojny i łaskawy, jakby chciał wszystko wynagrodzić z nawiązką. Nie wiem, co prawda, czy to los, czy całkiem wymierne działanie M, ale na wiosnę ruszamy z fundamentami pod nowy jeziorny dom. Teren jest już odpowiednio ukształtowany, woda i energia doprowadzone, projekt domu i pozwolenia różnej maści rozpychają się w segregatorze. Działka jest w niemal bezpośrednim sąsiedztwie dotychczasowego jeziornego adresu, co jest trochę fajne, a trochę nie. Mniejsza z tym, grunt, że jezioro, bez niego ani rusz.



Konkretyzuje się też nowy adres miejski. Jeśli poślizgi nie będą większe niż standardowe, to przeprowadzkowy termin wakacyjny jest całkiem realny. Z tego wynika, że to ostatnie Święta w tym domu... jak wisienką na torcie uhonorowane obecnością Kornelki, córki siostrzeńca M, która już za parę dni przyjdzie na świat. Wydaje się, że bardziej jestem w to zaangażowana niż Sistars, który zostanie babcią. Podekscytowana jestem i cieszę się, to już chyba starość :)

A co w międzyczasie? Międzyczas wypełnia mi oglądanie serialu Crown i dochodzenie do konkluzji, że kryminały skandynawskie są klasą samą w sobie i na K. Bondę niekoniecznie warto tracić czas. Poza tym, zakupiłam na internetach "Ludwika XIV" Maxa Gallo i czekam...

 


środa, 19 października 2016

 

Kazimierz wykrwawił się już z letnich tłumów. Wziął mglisty, jesienny oddech i jak na zwolnionym filmie, ślimaczo zmierza ku zimowemu odrętwieniu.

Teraz widzi się to, co łatwo przeoczyć w oślepiającym słońcu upalnego dnia. Owiana rzeczną wilgocią, zapachem spadłych liści, wyziera jesienna nostalgia małego miasteczka.

Jest ciszej, wolniej, prawdziwiej. Cyganka snuje się po Rynku bez swej zwykłej werwy i chęci zaczepiania kogokolwiek, aby odkryć mu tajniki przyszłości. Rynek opustoszał jak pokój, z którego wyniesiono meble. Przerzedziło się na półkach w sklepikach, a sprzedawczynie nie zawracają sobie głowy odgadywaniem życzeń nielicznych klientów. Bardziej widoczni są autochtoni, tacy jak dwaj dziadkowie, troskliwie się wspierający podczas forsownego przemarszu przez Rynek linią bardzo łamaną.

Jedynie piątek był pięknym, słonecznym dniem. Dał nam w prezencie feerię barw i niemal malarskie kadry kazimierskich pejzaży. Cieszyliśmy się słonecznymi widokami aż do zmroku, gdy coraz dotkliwszy ziąb zagonił nas do ciepłego hotelu. Tam też można było smakować spleen miasteczka, urokliwego w każdej odsłonie. Poprzez wchodzącą nam na balkon wielką jodłę, patrzyłam na księżyc, a może na dwa...


                                                              

                                           

czwartek, 06 października 2016

 

Podsuwam skostniałe , mokre dłonie pod ciepły nawiew w samochodzie i czuję , jak pomału rusza krwiobieg i wraca czucie . Nie wyjęłam jeszcze rękawiczek . Nie wyjęłam ciepłych szali i kominów . Nie wyjęłam też ciepłej kurtki . Moja dzisiejsza , wiatrem podszyta , nie ogrzała mnie wcale i teraz dygocząc w aucie , jestem pragnieniem wielkiego kubka gorącego kakao z ciepłą drożdżówką . Albo herbaty z prądem , co jest tyleż kuszące , co wykluczone z przyczyn komunikacyjnych . Albo gorącej grochówki z wielką pajdą miękkiego , wonnego chleba . Ależ jestem zmarznięta i głodna...

Samopoczucie mam fatalne . Troszeczkę , ale tylko troszeczkę , poprawia je świadomość , że w torbie mam dwa nowe , wypasione tusze do rzęs , efekt zacnej , 49% zniżki w Rossmannie . No i książka powinna dziś przyjść , "Szwedzi.Ciepło na północy". O mój boże , zimno mi...

Co to ja mam dziś w planie ? Istny mętlik w głowie. Męczy mnie okrutnie poczucie tymczasowości , brak sztywnych ram czasowych , o funkcjonowaniu na dwóch adresach nie wspominając. Natomiast M czuje się z tym jak ryba w wodzie , z pewną niechęcią dodam , że niemal uskrzydlona ta ryba. Niemałym zdumieniem napawa mnie kolejność poczynań na nowym adresie , która według mojego rozeznania mija się z logiką , wstrzymuje prace , wprowadza chaos i przestoje. No , ale ja się nie znam. Z tego też powodu moja decyzyjność nie obejmuje zagadnienia co najpierw - ściana pod szafkami w kuchni plus okolice , czy przejście z boku domu wraz z ogrodzeniem. Co najwyżej mogę to ogrodzenie zaprojektować. Wszystkie te klimaty , rozdrażnienia i zdziwienia skutkują moim zniechęceniem i wzbierającą pod skórą złością. Do tego M realizuje i specjalizuje się w planowaniu . Niektóre plany są porywające , kuszące i zapadające w wyobraźnię , inne z czapy wzięte. Generalnie ok , z tym , że ludzie tak długo nie żyją. A może to właśnie dobry sposób ?

Królestwo za ciepłą kurtkę i rękawiczki... Woda z parasolki zmoczyła dokumentnie siedzenie pasażera. Moja torba też jest mokra . Gdy przyjadę , z gorącym powitaniem podbiegną do mnie mokre psy. Mokra spódnica od razu powędruje do prania...

No to ponarzekałam, w podskórnej nadziei, że narzekających jest dziś więcej. Takie wspólne narzekanie, to przecież nic innego, jak stymulowanie więzi społecznych i przyjaznego porozumienia.

                                                             Pozdrawiam! :))

 


czwartek, 15 września 2016

 

Uwielbiam ten tegoroczny wrzesień.

Wstaję rano, patrzę na świat otulony wilgotną szarością, tak kojącą, że pies nie zaszczeka, a ptak zaśpiewa krótko i speszony urwie dźwięk, jak hejnał z Krakowa. Powietrze pachnie iglakami i wodą. Wdycham rześki aromat, w który stopniowo wkrada się zapach porannej kawy. Potem ten obezwładniający upał i słońce, przed którym nie uciekam, bo mi go było za mało tego lata. Kąpię się we wrześniowym jeziorze z częstotliwością przedtem mi nie znaną w tym miesiącu. A nocami, przez szeroko otwarte drzwi tarasowe i sypialniano-balkonowe, wchodzą do domu gwiazdy z tajemniczymi , podłogowo-ściennymi widziadłami ożywianymi przez światło księżyca i powiewy wiatru.

To takie dni, w których nie mam żadnych zmartwień, bo o nich z premedytacją nie pamiętam, a jeśli już, to macham na nie ręką, jak na natrętną muchę. W ten sposób przeganiam myśli o zobowiązaniach bankowych, o nieterminowości wszystkich fachowców na nowym adresie, o chaosie sprzedaży i kupna samochodu, a nawet o tym, że kosmetyków mam więcej niż kiedyś, przed lustrem stoję dłużej niż kiedyś, a efekt nie jest taki, jak kiedyś...sio, no już...!

A co w kąciku literacko-filmowym? Istny kryminał. Przerabiam Arne Dahla jak leci, chyba zostanę specjalistką od twórczości rzeczonego. Zafiksowałam się też na serialu Trapped , który w środowe wieczory nadawany jest po dwa odcinki na AleKino+. Muszę go nagrywać, bo rzadko o tej porze siedzę przed telewizorem. Nawet jeśli nie jestem zajęta, to szkoda mi chwil pod granatowym niebem, pod gwiazdami i pod pledem, bo komary jak latające krowy, jak mówi Bzdurka. Mniejsza o komary. Wrześniu trwaj...



 


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

 

Wyjątkowo szybki , choć wcale nie nieoczekiwany .

Codziennie kilogramami zbieram pomidory i kwaterkami maliny .


Intensywnie wychowuję Segalka , który ma usposobienie całkiem inne , niż wilcze szczenięta .


Co dwa-trzy dni tłukę się po domu , jak osa w słoiku i oscyluję pomiędzy rozdrażnieniem , a przygnębieniem z powodu rekordowej ilości dyżurów M.

Zastanawiam się , czy uda nam się zrobić Święta na nowym adresie i odpowiedź zależy od tego , czy jestem w fazie przygnębienia , czy nie .

Martwię się , że Bzdurka nie chce mieć potomstwa i owo zmartwienie jest niezależne od jakiejkolwiek mojej fazy .

Poza tym...

... Nocami przysiadam na tarasie i patrzę na kosmos nade mną . Wypatruję spadających gwiazd , zarzucam je gorącymi prośbami , których nie ubywa .

Wieloznaczny , jak zwykle , sierpień , trochę letni , trochę jesienny , słodko-gorzki , z delikatnym spleenem i posmakiem dekadencji .

Dotykam kamieni , za dnia rozgrzanych zamglonym słońcem , teraz pozostawiających wilgoć na palcach . Zatrzymuję wzrok na nierównej kresce lasu na horyzoncie , bardziej przeczuwanej niż widocznej w ciemności . Myśli się uspokajają i elementy układanki odnajdują swoje miejsce , aż do następnego dnia .

Kocham ten czas , kocham te chwile , gest , którym M sięgnie za chwilę po swój kielich z winem i uśmiech , którym mnie obdarzy .

Piękny jest koniec lata...




środa, 20 lipca 2016

 

Myślałam , że trwale i skutecznie zabarykadowałam drzwi przed  Złem , które chciało zapanować nad naszym życiem , ale wygląda na to , że zapomniałam o tylnym wejściu.

Mój Synek Malinek zasnął za kierownicą na trasie z Zielonej Góry do Poznania . Duże , dobre volvo , teraz do kasacji , owinęło się wokół drzewa , ale uratowało mu życie . Posiniaczony , z uszkodzonym nadgarstkiem , żyje i jak mówi , już wie , jak to jest , gdy finał jest przesądzony . Wisienką na tym zatrutym torcie jest mandat , jaki dostał od policji , za uszkodzenie mienia , bo wjeżdżając w drzewo , skosił barierkę . Może Greenpeace wystawi rachunek za drzewo ...?

Nie da się żyć spokojnie , choć teraz limit zagrażających życiu zdarzeń wydaje się być wyczerpany . Może to koniec złej passy , bo skąd brać siłę na więcej ? Napędza mnie codzienność , nawet ta szara i mokra tego lata , napędza mnie miłość M , ale chwilami moje precyzyjnie wzmacniane pozytywne myślenie wali się w gruzy . Zbieram wtedy te okruchy , mniejsze i większe , składam , umacniam... i cieszę się z każdego spokojnego , dobrze przeżytego dnia .

I nawet planuję - w sobotę jedziemy pod Łódź po dwumiesięcznego Segala , owczarka szwajcarskiego , który w chwili pierwszego naszego spotkania wyglądał tak :


Jestem niepoprawną estetką , więc już się cieszę na wyjścia z białasem w akompaniamencie moich ukochanych Czarnych Łepków .


Żeby zamknąć wątek zoologiczny , wspomnę jeszcze o bezdomnej kotce ( ksywka Ugly ), która zagnieździła się na tyłach domostwa , z trzema słodkimi córkami . Wyleczyłam , odkarmiłam , jedno postanowiłam zatrzymać , dla reszty znalazłam dom... i wtedy kotka skrzyknęła córki i zniknęła , tak nagle , jak się pojawiła . Poczułam się zrobiona w karolka , doprawdy .


Nagły był pomysł i nagła realizacja - skoczyliśmy sobie na lody do Torunia , ciepłego , tłumnego , ale niezmiennie urokliwego .


Za kilka godzin miałam się dowiedzieć , że mój synek dostał w prezencie życie ...



poniedziałek, 27 czerwca 2016

No to jestem.

Palce zastygają nad klawiaturą , bo co tu napisać ...? Podjąć wątek , tam gdzie go przerwałam , jak gdyby nigdy nic , czy mówić , co było pomiędzy "wtedy", a "teraz"...?

Ciężko , bo zdążyłam cały swój kosmos obejść . Na szczęście udało mi się wrócić , choć w pewnym momencie chciałam tu zajrzeć i o trzymanie kciuków prosić , bo drogowskazy rozmyły się w kosmicznej czerni . Utajona mistyczka walczyła ze zdeklarowaną realistką , zresztą walczyło we mnie wszystko .

Nadal nie umiem i nie chcę o tym pisać , grunt , że jestem , tu też jestem . I będę . Grunt , że dzieci płakać nie będą , ani psy wyć po nocach . Życie smakuje jeszcze bardziej i wiem , że już nigdy nie rozzłoszczę się na uparcie rozsypywany przez M cukier na blacie kuchennym , tylko uśmiechnę się do myśli , że to przecież element życia , które tak kocham .

Parę dni temu wracaliśmy z M z Lublina . Droga na urokliwym odcinku była prawie pusta , obrośnięta gęsto drzewami . Słońce tworzyło koronkowe refleksy , silnik mruczał hipnotycznie , a M gwizdał w takt piosenki z radia . "Oprócz błękitnego nieba , nic nam więcej nie potrzeba"...i patrzył na mnie tymi oczami , w których skoncentrował się cały mój błękit .

I niech tak zostanie .



wtorek, 16 lutego 2016

 

W odcieniach szarości , wilgotnym powietrzu , rześkim chłodku czuję wiosnę , albo co najmniej przedwiośnie . Jest coś elektryzującego w tym przesyconym mgłami powietrzu , coś , co sprawia , że nie mogę usiedzieć na miejscu . Pewnie to jakiś zakamuflowany atawizm , genetyczna spuścizna po jakimś bliżej mi nie znanym przodku , zbliżonym zapewne do kręgów kozackich - wszak wiosnę czuć , przestrzeń woła , krew się burzy , step się rychło zazieleni , w Dzikie Pola czas...

Z braku Dzikich Pól , gna mnie bardziej prozaicznie , mało poetycko , za to efektywnie . W domu jest mnie mało  , przez co doceniam rozkosz powrotów . Delektuję się ciepłem , dotykiem dywanu pod bosą stopą , spokojem , muzyką , urokiem rozproszonego światła lampy . Piję pyszną herbatę z cytryną i miodem i myślę sobie - dobrze mi ...

W minioną sobotę wydałam obiad rodzinny ze wszystkimi szykanami i przytupem , aby uczcić należycie koniec edukacji Synka Malinka . Ukończył właśnie drugi z dwóch ciągniętych równolegle ( z rocznym przesunięciem ) kierunków studiów i w zeszły wtorek pomyślnie obronił drugą - i ostatnią - pracę . Przeszedł też pomyślnie przez gęste sito selekcji i dostał dobrą pracę w pewnej włoskiej firmie na stanowisku konstruktora . Na te oto okoliczności cała rodzina - z wyjątkiem rozwiedzionego Sistarsa , któren znać nas nie chce - dobrze zjadła , dosłodziła się i szampańsko napoiła . Innym znaczącym wydarzeniem w moim życiu jest zaistnienie wewnętrznych schodów na nowym adresie , co , jak się obawiałam nie bez pewnych podstaw , nigdy nie nastąpi . Ale są , już są , z grubaśnych dech , na grubaśnych wangach , solidne , szerokie , wygodne i upojnie pachnące dębiną . Wreszcie można do naszej przyszłej sypialni dostać się w sposób cywilizowany , nie odmawiając wszak drabinie doniosłej myśli technicznej . Spotkałam się też z Eksem i zostałam ucałowana w policzki . Oba . Było to prawie jak seks , szkoda , że nieudany , bo udawany . Ale wyglądało imponująco , co tym bardziej kojarzy mi się z udawanym seksem .

Poza tymi spektakularnymi wydarzeniami trwa życie pełne życia i tak szare , jak pejzaże za oknem . I z tym też mi dobrze , bo w szarościach zawsze mi było do twarzy . Tym bardziej , że do szarości szalenie pasują takie oto drobiażdżki :


Wiedziona entuzjazmem wyczytanym na internetach obejrzałam hurtowo trzy odcinki serialu Poldark i uznałam , że ze mną coś nie tak , bo znudził mnie do podszewki . Dla równowagi obejrzałam taśmowo wszystkie odcinki Wojny i pokoju (2015) i po ostatnim też stwierdziłam , że do bani i nie dorównuje wcześniejszej koprodukcji z Alesso Boni w roli Bołkońskiego . Tutanchamona odpuściłam sobie po pierwszym odcinku , bo z historią się zasadniczo rozmija , a tego nie lubię . Więcej sensu już jest w śledzeniu przygód Zorro . Dzieła z Di Caprio pt Zjawa , z premedytacją nie obejrzę , bo nie odpoczywam na takich filmach , a walkę z niedźwiedziem jestem w stanie znieść tylko w końcowej sekwencji Wichrów namiętności . Obejrzałam natomiast Marsjanina z Mattem Damonem i szczerze polecam . Książek czytam dużo i po kilka jednocześnie , a teraz dostałam takie :

                             Pozdrawiam :)



wtorek, 19 stycznia 2016

 

...to sentencja , którą w zamierzchłych , licealnych czasach często powtarzała moja profesorka od angielskiego , Piękna Zofia . Wypisywałam ją na okładkach wymyślnymi literami , z nudów ozdabiałam secesyjnymi girlandami i arabeskami . Pewnie dlatego tak utkwiła mi w pamięci , bo nie przypuszczam , abym zaprzątała sobie swoją nastoletnią głowę zagadnieniami zmienności , tudzież przemijania .

Piękna Zofia już od lat pija fajfoklokową herbatkę z anglojęzycznymi aniołkami , a ja nadal mam parę swoich zeszytów z wykaligrafowaną sentencją . Jeden z nich wpadł mi w ręce przy okazji świątecznych porządków i podczas gdy ręce owe przyspawane były do szmaty , myśli w głowie swobodnie wylatywały ponad poziomy przez szmatę wyznaczone .

Czy zmienność jest tożsama z przemijaniem ? No właśnie .

Zagadnienie to filozoficzne , dla mnie ma jednakowoż swoją bardziej konkretną , wymierną i przyziemną stronę .Nie wnikając , czy coś się zmieniło , nie przemija mi zniecierpliwienie . Ani rozdrażnienie . Ani chęć uprzykrzenia życia . Adresatem tych emocji jest ni mniej , ni więcej ... M , co też dość łatwo można by wpisać w wątek przemijania . Po prostu minęła mi święta cierpliwość , szlag ją trafił spektakularnie , gdy ostatnio zaskoczył mnie paroma decyzjami nie tyle złymi , co wybitnie nie na czasie . W konsekwencji opóźnią zapewne przeprowadzkę , a to oznacza przedłużający się chaos , dojazdy , rozjazdy i mękę funkcjonowania na dwóch adresach plus trzeci pracowy . Demonstruję teatralnego focha i nerwowe zniechęcenie z małymi przerwami na sen .

Ten niezbyt typowy dla mnie psychostan pogarszają w tej chwili czynniki  , zdałoby się , nieistotne . A tu , proszszsz... Włączam ciemnym rankiem tvn24 i widzę niejakiego Kantereita . Żyć się odechciewa już na starcie . Potem śnieg własnonożnie naniesiony na dywanik w aucie . Moje poczucie estetyki wyje i nic go nie przekona , że białe kupki roztopią się , wsiąkną i znikną . Sprawy istotne mieszają się z drobnicą , gradacja i dystans poszły w cholerę . Męczę się ze światem , sobą , przepełnia mnie złość , frustracja i pretensje . A wszystkiemu winien jest ON .

Chwilami do mnie dociera , że piękną zimę mamy . Uświadomiłam sobie , że nie zdarzyło mi się jeszcze pokazywać zimowego jeziora , co niniejszym czynię . I przy okazji parę ujęć pykniętych na trasie z jednego adresu na drugi i jednocześnie trzeci , pracowy . Codziennej trasie , przemierzanej średno trzy razy dziennie...




niedziela, 13 grudnia 2015

 

Większość długich i ciemnych , grudniowych wieczorów spędzałam przy swoim biurku , w kojącym kręgu światła lampki i mniej kojącym blasku ekranu komputera . Zajmowałam się intensywnie napędzaniem gospodarki . Teraz , kiedy gospodarka z pewnością ma się lepiej , a mnie widmo bankructwa coraz śmielej zagląda w oczy , klikam w nieco zakurzoną zakładkę i oto jestem .

Sama nie wiem , co mam zrobić . Pisać , co robiłam , gdy byłam gdzie indziej , pokazać fotkę , składać życzenia , zagrać jakieś swoje ulubione nutki , wprowadzające w nastrój ...? Mam chaos w głowie , a czas najwyższy zacząć sobie ładzić rozłażące się wątki . Już za tydzień spadnie mi z nieba szwedzka rodzinka , którą z lotniska w dużym mieście P. zgarnie Synek i ... od tego dnia do czwartego stycznia będę miała pełną chatę . Wypada więc trzymać się planu i do czasu wyczekiwanego desantu ogarnąć całokształt .

Na razie jednak idę na efekt . Ubieram balkon na nowym adresie od strony ulicy i sama sobie przyznaję palmę pierwszeństwa w kwestii dekorowania , przynajmniej na rzeczonej ulicy . Na starym adresie sukcesywnie maję wnętrza , a może raczej "grudnię" ? Bo też idzie mi jak po grudzie , a robota w rękach bynajmniej się nie pali . Pracuję nad sobą , autosugestię przemyślną  stosuję i trochę skutkuje - przewieszam świecącą gwiazdę z jednego okna na drugie . Potem już gorzej . Jadę po kolejne zakupy ( czy to się nigdy nie skończy...?! ) i zapominam rozpiski . W rezultacie kupuję połowę potrzebnych rzeczy i o wiele za dużo z czapy wziętych , w tym kryminał "Dziewczyna z pociągu''Pauli Hawkins ( już przeczytałam , rewelacja , polecam na prezent dla siebie ) W konsternacji wchodzę do sklepu ze świetnymi , niestety , ciuchami i odstresowuję się , kupując kieckę , w której wystąpię na wigilii . Chyba . Jak tak dalej pójdzie , to zanim ściągnę do domu wszystkie niezbędne wiktuały dla całej armii , skompletuję sobie nową garderobę na całe święta , z sylwestrem włącznie . Najlepiej mi idzie sprzątanie , może dlatego, że nabyłam sobie również twarzowy dresik . W ogóle go nie czuję i bynajmniej nie dlatego , że na mnie wisi .

Przeszło mi przez myśl , że moje aktualne , nietypowe dość niezorganizowanie jest wynikiem szoku , jaki mi zafundowała pewna szóstoklasistka , którą niedawno zgodziła byłam na angielski dokształt . To była fatalna decyzja , bo słowa jej matki , że "ma zaległości" , to eufemizm tchnący optymizmem . Dziewczynka bowiem nie umie nic , a po polsku nie jest w stanie wymienić osób liczby pojedynczej i mnogiej... Ale za to jej rodzice ( i zapewne ona sama za jakiś czas ) są w stanie znacznie sprawniej napędzać gospodarkę i żadnych widm przy tym nie widzą . 

I od tego zacznę swoje dla Was życzenia - żadnych widm zaglądających w oczy , ani nawet dyskretnie chrząkających ! Niech dobra wszelakie spływają do Was szeroką rzeką , popychane falami pomyślności i satysfakcji , a zdrowie niech pozwala cieszyć się nimi i życiem , i światem. I miękkości w sercu Wam życzę , aby piękno tego świata umieć widzieć i umieć się nim zachwycić . I niech dobrzy anieli skrzydłami przed złem Was chronią .

                     Wesołych Świąt ! :))


niedziela, 22 listopada 2015

 

Zapachniało drewnem na nowym adresie .

Po raz pierwszy napaliliśmy w nowym kominku . Paliło się tak żywiołowo , jakby kominek za moment miał wystartować w kosmos , buczało i huczało , a to pożądana ,najpiękniejsza kominkowa symfonia . Nawet przy szeroko  otwartych dzrzwiczkach dym nie śmiał wychynąć najbledszą choćby smużką . Dobra robota .

Siedzieliśmy w pustym salonie przed kominkiem z kubkami kawy w ręku i pozwalaliśmy hipnotyzować się płomieniom . Z braku miękkiego pleda , dywanu , o puchatej skórze z białego zwierza już nie wspominając , umieściliśmy nasze siedzenia na obrzynie styropianowym . Było bosko . 

Z lekka podgryzają mnie wyrzuty sumienia . Pojawiają się , jak tylko gasimy światła na nowym adresie i zamykamy za sobą drzwi . Chcę wracać do domu i nie chcę wychodzić stąd . Jakby nie ciął , ciągle za krótkie - opanowują mnie z gruntu niepoważne pretensje do niewiadomo kogo . Niestety , zdarza się , ze sama za sobą nie nadążam .

Kompletnie też nie nadążam za Sistarsem Starszym , któren to sistars finiszuje już ze swoim rozwodem . Zamienił był sistars dostatni dom i całkiem reprezentacyjnego męża , na pokój z kuchnią i przyszłego męża , całkiem nie reprezantacyjnego , gdzie by nie spojrzeć . Przy okazji skłócił był ów sistars całą rodzinę z przyległościami . Mam nadzieję , że na fali świątecznego ''kochajmysię'', coś niecoś da się w tej materii odwrócić . 

Bo jak by nie patrzeć , blisko , coraz bliżej te święta . I o ile wiadomo , że prostokącik w trójdzielnym kalendarzu z całą pewnością do tej daty dobije , to pozostaje pytanie , czy psychika nadąży. Dla mnie święta to nie tyle data , co stan umysłu , a z takim luksusem , dla większości oczywistym i dostępnym , u mnie cienko...

Póki co , od wczorajszego wieczora , w nastrój wprowadza mnie moja Bzdureczka , śląca mi na gorąco foty ze stanu aktualnego pod swoim kołem podbiegunowym . Padało od wczoraj od 16tej , całą noc i dziś rano nie mogli otworzyc drzwi , nawet z pomocą kota. Biało , nie biało , miło mi było patrzeć na miejsca , które zdążyłam już poznać , bardzo miło...



wtorek, 03 listopada 2015

 

Dni są urzekająco piękne . Skutecznie odgradzają od jesiennych refleksji o przemijaniu , odsuwają chandry i smuteczki , i dają irracjonalną nadzieję , że tak już zostanie . Zachody słońca , idealne tworzywo dla artysty o melancholijnym usposobieniu , rozmarzają mnie i wyganiają z domu . Włóczę się z dowolnie wybranym psem , a rozbiegane myśli cichną , miękną i dają sobą kierować . Do pionu ostatecznie stawiają ranki i wieczory , gdy wciągam zimną wilgoć i nie mam wątpliwości , że to już listopad .


 

Liczę dni .W poniedziałek spadnie mi z nieba moja gwiazdka , córka-bzdurka . Na parę dni zaledwie , ale zawsze to coś . Wystarczy , aby przed wylotem , w niepodległościową środę skrzyknąć całą rodzinę na obiad , honorujący wszystkie nasze listopadowe daty . Imieniny Bzdurki , imieniny i urodziny synka-malinka , moje osobiste urodziny , kiedyś jeszcze były urodziny Byłego , ale teraz zastępuje je godnie rocznica moja i M , ósma już... tyle tego , że można by imprezować cały miesiąc . Będzie gęś , będzie tort , będzie kalorycznie , niezdrowo i przepysznie . Prawie świątecznie...

 


 



wtorek, 20 października 2015

 

Nieważne , że znów nie zrobiłam wszystkiego , co zaplanowałam . Już mnie to tak nie stresuje , odkąd zaakceptowałam wiedzę , że to ja sama jestem dla siebie najsurowszym oskarżycielem i sędzią . 

Na pewno nie jest nim M .

Nigdy mi nic nie wytyka , nie zarzuca , nie krytykuje . Gdy widzi , że zaczynam się miotać , a sprawy zauważalnie leżą , po prostu bierze się za nie . Partnerstwo ? Równouprawnienie ? A może parytet...? Gdzież tam . Zamiast tych wszystkich wynalazków wystarczy miłość . Empatia . I tolerancja . Jakie to proste...

Palce M przebiegają kilometry na mojej skórze . Wystukuje opuszkami niesłyszalne symfonie w sobie tylko znanym rytmie . Może smakuje każdym opuszkiem ciepło mojej skóry , a może robi to bezwiednie , błądząc myślą w nieznanych mi przestrzeniach...? Dylemat blaknie i wtapia się w ciemność , a ja uśmiecham się , bo spokój i rozluźnienie przeciągają się we mnie , jak syta kotka . 

Uwielbiam te chwile przed zaśnięciem , gdy jeszcze czuję dotyk , łaskotanie oddechu , ciężar nogi zaborczo unieruchamiającej moje . Nawet lekki dyskomfort . Nie zdążę się już poruszyć , wyswobodzić , nawet nie drgnę . Zasnę z echem uśmiechu na ustach .

 



niedziela, 11 października 2015

 

Jesień mamy tak piękną , że przejeżdżając przez okoliczne chęchy , przystanęłam i zrobiłam zdjęcie . Byłam w drodze z jednego domu do drugiego , co od dłuższego czasu jest normą , tak samo jak normą jest to , że spieszyłam się bardzo .

Miałam na głowie likwidowanie warzywniaka , co w moim wydaniu wiąże się z pozostawieniem ziemi przesianej przez sito , ostatnie koszenie trawy , wypalenie chabazi , wykopanie - razem z M oczywiście - jodełki circa trzymetrowej i wkopanie jej zupełnie gdzie indziej , posadzenie paru drzewek owocowych ... i całą masę innych rzeczy , których nie ma sensu wymieniać , jako że mam je na głowie codziennie . 

Spieszyłam się też , ponieważ pomyślałam , że im szybciej się wyrobię z pracą , to tym szybciej siądę i obejrzę najnowszy film z Gyllenhalem "Do utraty sił" / wrócę do aktualnie współczytanego kryminału śp Mankella / zabarykaduję się w łazience i podaruję sobie odrobinę luksusu w postaci domowego , swojskiego spa , po którym poczuję się młodsza . Oczywiście psychicznie młodsza .

Nic z tego . Wróciliśmy skandalicznie późno i w czasie , gdy M brał prysznic ( wygrał pierwszeństwo w orła i reszkę ), zasnęłam w salonie na kanapie , słodko ukołysana przepychankami na linii PO - PiS w TVN24 . Byłam tak skonana , że miałam siłę tylko na milczącego focha , gdy M mnie obudził i wysłał do łazienki .

Tak bibrzę i bibrzę , a chodzi mi mniej więcej o to , że lato się kończy , człowiek się kończy , lat przybywa , sił ubywa , ręce opadają i nic w tym podupadającym jestestwie nie jest tak malownicze , żeby przystanąć i pykać foty . 

Film obejrzałam dzisiaj - płakałam prawie jak na "Mieście aniołów" , czyli byłam dokładnie zasmarkana i półniewidoma . Dobrze , że M na dyżurze , bo mogłoby się okazać , że miłość wcale nie jest ślepa . Zrobiłam sobie spa i zepsułam wagę łazienkową , co ma ze sobą związek o tyle , że dotyczy jednego pomieszczenia . Czytam kryminał , obok włączony laptop , kawa i herbatniki mafijne , własnoręcznie kupione . A zielone pomidory sprzątnięte wczoraj z ogródka , czerwienią się ze wstydu za moje lenistwo bezsilne ...

 


sobota, 03 października 2015

 

Jeden z jesiennych dni na przełomie września i października . Ze słońcem prześwitującym przez jeszcze zielone drzewa ( skąd właściwie tyle liści pod nogami ?), uwodzicielskim błękitem nieba , a porankiem szarym, rześkim . 

Znacząca data .

Ileś lat temu ( dużo , ale nie liczymy), ten dzień też tak wyglądał. Tak go właśnie zapamiętałam - z zimnym , bezbarwnym rankiem owianym parą z ust , a potem błękitno-rozsłonecznionym i ciepłym. Tego dnia , przez cztery lata liceum, dwie skądinąd bardzo dobre uczennice robiły sobie wagary. Siedziały w domu dowolnie wybranym, bo oba były zachęcająco puste o tej porze, słuchały muzyki - królował Pink Floyd, Ewa Demarczyk, której z emfazą wtórowały tak przy Grande Valse Brillante, jak i Groszkach i różach, i Elvis Presley dla złapania oddechu. Często też była w użyciu płyta z Litanią Ostrobramską Moniuszki i Novi Singers śpiewający Chopina. Niezły rozrzut, jak na licealistki . 

Omawiały wszystkie bieżące sprawy, kto z kim, a kto nie i dlaczego, kto przestał się podobać, a kto zaczął. Gdy poemat dygresyjny dyskusji schodził na literaturę, która stanowiła clou zainteresowań, wręcz życia licealistek, nieuchronnie i niezmiennie dochodziły do konstatacji, że profesorka od polskiego jest denna i o niczym nie ma pojęcia - obie były laureatkami olimpiad i konkursów polonistycznych i pozjadały wszystkie rozumy.

Gdy zgłodniały, pochłaniały kajzerki z serem gouda. Potem wypijały wino. Preferowały Murfatlar, w ostateczności Witoschę . Potem , gdy było już wystarczająco złoto-błękitnie, szły na długi spacer nad rzekę. Leżały w rozgrzewającej się trawie, gapiły na obłoki w akompaniamencie rzecznego szumu i wskrzeszonych słońcem much i gadały, gadały, gadały...

To im zostało do dzisiaj.

Gdy rozmawiają ze sobą przez telefon, nie ma odległości Kraków - Wielkopolska, a czas staje w miejscu. Co najwyżej bateria siada w telefonie.

Moja przyjaciółka z Krakowa - chyba parę razy o niej wzmiankowałam po drodze...? - tego dnia obchodzi swoje urodziny . Dzień , w czarodziejski sposób się nie zmienia . I my też, choć zmieniłyśmy się tak bardzo, tak naprawdę jesteśmy wciąż te same...

PS. Miałam dołączyć Novych Singers ćwierkających Chopina, ale pomyślałam sobie , że moje sentymenty , co tam... Zamiast Novych , coś , co podoba mi się tu i teraz. Swingle...Singers nomen omen ;)

 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9