Subiektywny,co zrozumiałe.Czasem w słodko-mdlącym zaściankowym sosie.Czasem liryczny,lecz bez aspiracji.Na ogół codzienny i dość nudny.Kobiecy ze wszystkimi konsekwencjami.Mój.
Kategorie: Wszystkie | pamiętnik osobisty
RSS

pamiętnik osobisty

wtorek, 07 sierpnia 2018

Nie ma za wiele czasu, aby pisać, ani robić cokolwiek.

Ponieważ każda, nawet minimalna aktywność powoduje wzmożoną potliwość, niemal przeniosłam się z życiem nad jezioro i jestem na najlepszej drodze do wykształcenia błony pławnej. Zafundowałam też sobie siłą rzeczy opaleniznę bardzo niezdrową, szkodzącą urodzie i bardzo chłopską, jakby to z pewnością podsumowała moja Babcia.

W nowym, jeziornym miejscu, poza fundamentami, w połowie ukończonym ogrodzeniem i szerokimi, kamiennymi schodkami kończącymi się w wodzie, nie ma jeszcze nic. Wożę ze sobą masę rzeczy, przede wszystkim ręczniki, koc, butle z piciem, owoce, oraz nóż- odkąd okazało się, że mamy okrąglutkiego arbuza i nasze zęby, jako jedyne narzędzie tnące. Roztrzaskaliśmy go wtedy na rzeczonych schodkach, potem zbieraliśmy rękami arbuzowe rozbitki i wcinaliśmy, wysmarowani sokiem od brody po łydki. Siedzieliśmy na zaarbuzowanych schodkach, słońce wisiało na błękitnym niebie, a w błękitnej wodzie hałasowały perkozy. Pomyślałam wtedy, że to jest właśnie szczęście...

Niemniej, nóż trafił na stałe do jeziornej torby. Są w niej też duże, ciemne okulary słoneczne, w których niewiele widzę, ale słońce mnie nie oślepia, a M mówi, że mi ładnie. Jest w niej też czytnik, bez którego nie ruszam się nie tylko nad jezioro, ale i do sąsiedniego pokoju w domu- po pewnym okresie docierania się z urządzeniem nie pachnącym drukiem i nie szeleszczącym kartkami, darzę go uczuciem najszczerszym i zaborczym.

Poza weekendami M dociera nad jezioro w godzinach wieczorno-nocnych i wtedy kąpiemy się pośród gwiazd odbijających się w nieruchomej, najcieplejszej od lat, wodzie. Wskakuję M na plecy, podtapiam od dołu i wtedy też sobie myślę, że to jest szczęście...

Tak się składa, że te chwile szczęścia zawsze wiążą mi się z wodą. na nowym, na wskroś miejskim adresie, najczęściej targa mną mniejszy lub większy wkurw, a w najlepszym wypadku niechętna rezygnacja. W momentach dobrego samopoczucia nie wykluczam, że w przyszłości moje nastawienie zmieni się w umiarkowaną akceptację- taką już mam optymistyczną naturę.

Czy już pisałam, że uwielbiam sierpień...? Jeszcze trwa, jeszcze przeczołguje nas skwarem, a mnie już go żal. Rzucam się zachłannie na każdy dzień, a w nocy śpię tak kamiennym snem, że nie zakłócają go nawet idioci ćwiczący w środku nocy poślizgi na niedalekim rondzie. Mam też gotową dyspozycję dla spadających gwiazd: proszę o następne takie dziesięć lat, następne i następne... Bo 2-giego września świętujemy w gronie rodziny i przyjaciół nasze dziesięciolecie właśnie, nad jeziorem oczywiście, w klimatycznym, urokliwym zajeździe cztery posesje dalej od naszego jeziornego miejsca.

I na koniec chaotycznych, ale aktualnych fotek parę z mojej codzienności:

.......brzoza cudnie obrośnięta powojem, który rankiem ukwieca ją na fioletowo, od pnia, po płaską koronę

...pyszne, wielkie brzoskwinie od sąsiada, które dopiero od zeszłego roku zjadam ze skórką ;)

... Inwar stojący w prysznicu z węża i chłodzący się z błogością malującą się na pysiu

...autorka słów niniejszych spiekająca sobie mokry rewers

...i ostatni nabytek, na ochłodę


piątek, 20 lipca 2018

 

Pada deszcz.

Mokre są chodniki i ulice. Samochody rozpylają wokół siebie mokrą zawiesinę, która osiada na szybie równomierną, szarą mgłą. Mój samochód jest mokry i brudny, poznaczony na karoserii strumyczkami wody, wyplutej przez ulicę.

Co z tego, że deszcz. I tak trzeba zrobić to, co robię codziennie. Nie chce mi się zmieniać obuwia, poza tym, nie znoszę gumowców. Wychodzę w klapkach, żeby spłukać wybiegi psów i zanim do nich dochodzę, już mam mokre stopy. Kontakt z wężem to nieuchronne mycie stóp już na całego. Żaden problem, klapki są plastikowe, a na dworze ciepło.

I ciągle pada...

Mam wrażenie, jakby deszcz wytłumiał hałasy z ulicy, a może to tylko ja nastawiam się na odbiór mokrych szmerów i szelestów. W ogródkach krople bezwzględnie bombardują liście roślin, które bezradnie je zwieszają. Wielka, różowa, pierzasta malwa dała całkiem za wygraną i wygląda, że nie wróci do poprzedniej wyniosłości.

Psy podbiegają i ocierają się o moje nogi, przez co mam mokre nie tylko gołe łydki, ale i brzeg, zdawałoby się, wysoko podwiniętych rybaczków. Snuję się po zadeszczonym ogrodzie, patrzę, czy wiatr i deszcz nie postrącały mi owoców z pierwszy raz owocujących jabłonek i śliw, zastanawiam się, zerwać całkiem czerwone pomidory, zebrać ogórki, a może zanurkować po cukinię...? Rezygnuję. Czuję, że moja bluza z kapturem niedługo nie będzie już żadną ochroną. wracam szybkim krokiem. Marzyłoby mi się usiąść pod zadaszonym tarasem z kubkiem kawy i błądzić wzrokiem po szarym niebie schodzącym do szarego jeziora.

Poprzestanę na tym kubku kawy, patrząc na deszcz... w okienku snajpera, ech...


 




środa, 27 czerwca 2018

 

Nie można żyć bez planowania,w każdym razie nic mi o tym nie wiadomo.

Jednakowoż plany planom nierówne. Posiadanie w planach umycia okien nie jest tym samym, co planowany na początek października, tradycyjny wypad do Kazimierza. Tu szmata, tam bajkowe plenery. Może są fanatycy machania szmatą i umycie okien jest dla nich całkiem ekscytujące, ale mnie to akurat nie dotyczy. Natomiast Kazimierz jesienny skradł mi serce i już przebierając nogami, czekam na ten październik. Tymczasem, mamy czerwiec, mniejsza z tym, czy upalny, czy deszczowy, ale cudowny czerwiec...! Z całą zapowiedzią lata, pysznego lipca i dekadenckiego sierpnia!

Po raz n-ty zauważam tę niekorzystną stronę posiadania ekscytujących planów- ewidentnie skracają mi teraźniejszość i moje w niej umocowanie. Jedną nogą jestem w czerwcu, drugą w takim np. październiku. I tak całe życie, bo zawsze gdzieś na horyzoncie pojawia się jakiś atrakcyjny Kazimierz, który włazi w myśli i wyobraźnię. Zamiast zmierzać sobie do tego upragnionego celu powoli, uważnie rozglądając się dokoła, pochylając nad mrówką, albo kontemplując obłoki, pędzę do niego, w biegu i kątem oka, ledwo zauważając to i owo.

Męczące. Ja w ogóle męczę się ze sobą. Często myślę, że przydałoby mi się coś, co wytłumiłoby moje wewnętrzne rozhuśtanie, ale nie uśpiło. Niestety, to prawie pewna strona atrakcji typu "skończyłam czerwone, zaczynam niebieskie". Najlepszy byłby jakiś sztuczny tunel czasoprzestrzenny, oczywiście dwukierunkowy. Wtedy wszystko na spokojnie i kiedy się chce, a rezydencja po wsze czasy w pięknym czerwcu. Uwielbiam jego długie dni, które pozwalają pomieścić całą bieganinę, bez poczucia, że zarywa się noce. Uwielbiam truskawki i czereśnie i całą tę świeżą jeszcze, niezmęczoną zieleń, która dopiero zbliża się do swojego apogeum. Wszystko w czerwcu jest do uwielbiania. Tak, jak w Kazimierzu jesienią...

(okno snajpera - zaraz po burzy )

W kwestii pięknych widoków- niedawno byliśmy w Nysie, u Pani Beatki, od której mamy moje ukochane Czarne Łebki. Niestety, od jakiegoś czasu jest tylko jeden Czarny Łebek, gdyż Gamka odeszła od nas z powodu sepsy. O wiele za wcześnie. Goran popadł w depresję po stracie siostry i bezdyskusyjne było, że pojedziemy po towarzysza dla niego, oczywiście też Czarnego Łebka. Psy zaakceptowały się szybko i bezwarunkowo, a to już wcale oczywiste nie było.

Polecam hodowlę Pani Beatki wszystkim, hodowcom, amatorom miłośnikom i zaledwie trochę zainteresowanym. Poza wszystkim innym, takiej pięknej dokumentacji fotograficznej jak u Niej, ze świecą szukać na stronach innych hodowców, więc fajnie tam zaglądać choćby dla przyjemności pogapienia się na piękne foty pięknych psiaków.

Czarny Łebek podczas pamiątkowego ujęcia z dotychczasową właścicielką, poniżej już na nowych śmieciach. Prawdziwy Batman :)



poniedziałek, 11 czerwca 2018

 

Najbardziej nie lubię pośpiechu, chamstwa i kurzu. Z wymienionych upierdliwości tylko z kurzem udaje mi się toczyć walkę, niejednokrotnie zwycięską, choć obarczoną wiedzą, że mimo chwilowych laurów, walczyć trzeba będzie do końca. Chamstwo, jakie jest każdy wie. Walczyć z nim trudno, unikać czasem też.

Natomiast pośpiech zjada mnie żywcem, paraliżuje mi mózg i zmysły. Mimo całkiem dobrego zorganizowania przegrywam z nim na wszystkich polach. Dlatego zawsze sobie niesłychanie  ceniłam i cenię drobiazgi, takie jak wypad nad jezioro nr2 i doświadczanie wody i słońca każdym zmysłem, czy delektowanie się na tarasie własnym ciastem z własnoręcznie zerwanymi truskawkami. Mimo najszczerszych chęci nie mogę nie zgrzytać zębami na hałas z obwodnicy, który zagłusza ptasie muzyki, dekoncentruje mnie i drażni, a który mojemu mężowi zdaje się nie przeszkadzać wcale.

Ceniłam i cenię sobie nadal takie chwile, choć bardziej to sobie mówię niż czuję. Czuję natomiast ulotność i przemijanie wobec którego wszystko zaczyna być nie tyle piękne, co bolesne i bezsensowne. W związku z tym, hałas z obwodnicy to małe miki w porównaniu z hałasem, który mam w sobie. Zastanawiam się, czy nie odbija mi już na dobre, bo jak inaczej podsumować opłakiwanie kogoś, kto funkcjonuje obok, żywy od stóp do głów i w kondycji nieźle rokującej na bliżej nieokreśloną przyszłość...?

Wszystko zaczęło się od dramatycznej straty, która parę miesięcy temu dotknęła moją znajomą. Wyobrażenie jej weszło we mnie tak nagle i tak zdecydowanie, że nadal nieustannie wprowadza ironiczno-gorzko-kpiące didaskalia do wyczekiwanych przerywników, radosnych chwil, marzeń i planów. 

Myślę o tym, że M może nie być - jak ja to mogę w ogóle ubierać w słowa, w te fizyczne znaczki ?! Myślę o tym, zamiast cieszyć się, że jest. Jestem zainfekowana tymi wyobrażeniami. Zdarza mi się, że odwrócona tyłem, tłumię poduszką pochlipywanie. podczas gdy On, cały żywy, ciepły i lekko pochrapujący, obejmuje mnie ramieniem. Myślę, jak to puste i bezcelowe życie poprowadzę, z czego zrezygnuję, czego będzie mi brak, a czego wcale. Łzy zalewają mi oczy, bo nagle mi przychodzi na myśl, że nie usłyszę jego kroków na schodach, ani jak wypowiada moje imię, podczas gdy On, tuż obok mnie i na wskroś żywy przypomina mi o kroplach do oczu, bo mam zaczerwienione, pewnie znowu zapomniałam...

Musiałam to napisać. Może teraz, jak to widzę napisane, nazwane, wyrzucone z siebie, to jakoś sobie tę chorą głowę uporządkuję ? Gdybym umiała, modliłabym się, żebym to ja była pierwsza. Nie ma to, jak własnoręcznie wbijać sobie nóż w serce. Niechby mi coś/ktoś tę rękę złamał, albo nóż zabrał, albo cokolwiek, byle skutecznie... I tyle w tym temacie.

A obrazki- radośniejsze.

          

 

           

sobota, 19 maja 2018

 

Tulipany zdążyły zakwitnąć i zasychają, planując lepsze czasy. Nie zdążyłam zerwać bzowych gałązek z ciężkimi, białymi kiściami kwiatów, aby rozpachnić cały dom. Zrobiłam fotkę przepięknej wisterii, która szczęśliwie przełazi od sąsiada na naszą stronę, ale już jej nie wstawię, bo czas wisterii też przeminął.

Pracuję znacząco mniej, ale czasu dla siebie wcale nie przybywa. Kradnie mi go ogród, psy i dom, przy czym ta kolejność bywa zmienna. Moją kurodomową duszyczkę przepełnia radość na widok rządków rzodkiewek, sałaty, szpalerów pomidorów, kęp ogórków i już różowiejących truskawek, przy czym dużą część tej radości wywołuje świadomość perfekcyjnego wypielenia grządek. Dom wysprzątany we wszystkich kątach i zakamarkach, wypełniony powietrzem z wreszcie szeroko pootwieranych okien i drzwi. Hula przeciąg, oczywiście, i chyba dodatkowo mnie napędza i popędza w domowej bieganinie.

Cieszy mnie rozgrzany w upale taras i cieszy mnie zapach ziemi po deszczu. Lubię w sobie ten stan akceptacji, a przede wszystkim, otwartości na codzienne bodźce, które to wartości gdzieś mi się do niedawna zawieruszyły w wirze życia.

Parę dni temu byliśmy w dużym mieście P, w którym, w oczekiwaniu aż M odbędzie swoją konferencję, zrobiłam sobie nieśpieszny przemarsz przez przybytki na ulicy Półwiejskiej i Stary Browar. Potem na chwilę zawitaliśmy do Środy Wlkp, by na koniec wylądować u oczekujących nas znajomych w Jarocinie. Siedząc w ich najprawdziwszym, wonnym i rozświergotanym lesie, zajadałam się faworkami i z wielką zgodą pozwoliłam się zrosić pojedynczym, ciężkim kroplom deszczu. Tuż za Jarocinem jechaliśmy już w nawałnicy. Deszcz bombardował karoserię, wycieraczki nie nadążały rozgarniać potoków wody, koła raz po raz wytwarzały fontanny rozbryzgów. Wewnątrz szemrał z płyty Cohen, ulubieniec M. Jechaliśmy z deszczem i w deszcz, bez słowa popatrywaliśmy na siebie z uśmiechem. Było dobrze, wracaliśmy do domu...

(ogródki mniejsze i większe po wycince i przecince)

(...i moja ulica tuż po deszczu, zanim ręka sięgnęła po klucz do furtki)

( ... przy każdej okazji, nawet jeśli tylko przejazdem, chociaż na chwilę... )


niedziela, 18 marca 2018

 

Lubię być w domu. Lubię być w domu z M. Najbardziej jednak lubię wczesne ranki sobotnie, lub niedzielne, gdy M jest na dyżurze...

Nie spieszę się z niczym. Snuję się w piżamie, a czajnik szumi i łypie na mnie kobaltowym oczkiem. Siadam z najlepszą na świecie, pierwszą kawą przy kuchennym oknie i delektuję się pustą, śpiącą ulicą. Przepadam za tym weekendowym, ulicznym marazmem. Łatwiej mi zebrać myśli i łatwiej mi je rozpuścić, porozmawiać ze sobą, pomarzyć. Potem, również bez pośpiechu karmię i wypuszczam psy, a po powrocie delektuję się kawową powtórką z kawałkiem ciasta. Po wczesnoporannej, mroźnej i wietrznej inhalacji, smakuje wybornie. 

Bez poczucia winy wskakuję w internet, zaglądam tu i tam, oglądam jakieś buty, jakąś torebkę. Przy okazji, po raz kolejny dochodzę do wniosku, że punkt dla mnie, że pamiętam jeszcze normalne czasy bez netu, dziubków, fejsa, tępej młodzieży, wywalonych jęzorów, samouwielbienia na instagramie i wszechobecnego hejtu. Przerzucam szybko strony, odwiedzam internetową córkę Bzdurkę i znów przymierzam się do poszperania w ofertach wynajmu mieszkania w Białymstoku, w którym zamierzam z Bzdurką spędzić ostatni tydzień kwietnia. I znajduję ! Tak mi się podoba, że perspektywa wyjazdu cieszy mnie jeszcze bardziej. Może zatęsknię za domem...? Tęsknię cały czas za domem... tamtym. Z jego brakami i mankamentami, wszystkim, co mnie w nim uwierało, to było niezmiennie miejsce, w którym umiałam odpocząć, zrelaksować się, nie tracić kontaktu ze sobą, bez względu na to, czy byłam sama, czy z M i bez względu na dzień tygodnia...

No to może jeszcze herbatka z cytryną i dokładka ciasta na rozpustne śniadanie...? W milczącym spokoju, przy oknie z widokiem na nieruchomą ulicę.

                   A tak poza tym, czy to już wiosna, ktoś wie...?


niedziela, 21 stycznia 2018

 

Cieszę się, że zima wróciła, albo raczej, że przyszła, bo przecież wcale nie była w odwrocie, gdy jej nie było. Wypiękniało wszystko, spowolniło, wytłumiło, zrobiło się niemal odświętnie, chociaż po Świętach nawet już ślad nie został.

Chętniej wychodzę, chętniej zostawiam samochód i chętniej wybieram nieodśnieżone ścieżki niż ciemne wstążki chodników. Najchętniej łażę sobie późnym wieczorem i w świetle latarń patrzę na znane, a tak odmienione miejsca i detale. Dowolnie wybrany pies przy mojej nodze ma radochę, bo nie spieszę się wcale i pozwalam mu tak długo obwąchiwać wyjątkowo atrakcyjne punkty na śniegu, aż podnosi łeb i patrzy na mnie pytająco. No, przecież zmierzam do domu...tylko możliwie długą trasą.

Cieszy mnie myśl, że po powrocie zrobię sobie czarnoporzeczkową herbatę z cytryną i jednocześnie studzi mnie wyobrażenie dźwięku kubka stawianego na granicie blatu, o łyżeczce, niechcący wypuszczonej z dłoni, już nie wspomnę. Cieszy mnie myśl o grzaniu zmarzniętych stóp na ciepłej posadzce i ... wystarczy. Żadnych ale. Tym bardziej, że jak myślę, jest lepiej. Inna rzecz, że ten duży dom, o wiele za duży, teraz zrobił się jeszcze większy, gdy po Nowym Roku znów zostaliśmy w nim sami.

Wędruję przez noc z dowolnie wybranym psem, rozrzucam swoimi, mało kobiecymi i nie do zdarcia, psimi traperami hałdki śniegu i grzeję się wspomnieniami. Urokliwe były wczesne poranki, pogrążone jeszcze w grudniowej nocy, gdy my, wszystkie kobiety, ni stąd ni zowąd, spotykałyśmy się w kuchni. Jak na komendę, w kusych , nocnych koszulinach i boso. Ciemność kuchni punktowo rozjaśniały tylko diodki urządzeń, latarnie z ulicy i sączące się z salonu światełka choinkowe, znów nie wyłączone na noc. Czajnik szemrał i zapowiadał najlepszą kawę dnia, tę pierwszą, poranną. Żadna z nas nie zapalała światła i nie wiedzieć czemu, rozmawiałyśmy półszeptem, pewnie żeby nie spłoszyć ulotnej chwili... I tak było każdego ranka, nasze luźne, półsenne , babskie porozumienie. Uczestniczyła w nim także dziewczyna Synka Malinka, chętnie, swobodnie i z wdziękiem. Chciałabym żeby Synek przy tym wyborze pozostał...

W nocy spada temperatura, śnieg robi się twardszy, głośno chrupie i skrzypi pod podeszwami. Jestem coraz bliżej domu, ogrzanego i niemal oswojonego przez ciepło grudniowo-styczniowego czasu z bliskimi, przez ich kroki, głosy i śmiech. Niemal. Jeszcze tylko troszkę.


poniedziałek, 11 grudnia 2017

 

To zupełnie nie jest tak, że zgarniesz swoje bambetle do pudła, zapakujesz i rozpakujesz w innym miejscu. Jest zupełnie inaczej.

Aż do bólu staram się myśleć pozytywnie, widzieć dobre strony, ale momentami wszystko rozjeżdża mi się, jak końskie kopyta na lodzie. Z podobnym, jak on, mozołem, usiłuję zebrać się do kupy, ogarnąć, stwierdzić, że choć ślisko, to jednak równo i szeroko, i radośnie stukając kopytami, iść dalej.

Prawda jest taka, że moje życie wywróciło się do góry nogami. Chociaż nie, bo w ‘do góry nogami’ nadal doszukać się można kolejności i uporządkowania. A ja mam miszmasz, groch z kapustą i pomieszanie z poplątaniem. Wszystkie moje nawyki, zwyczaje, rytuały, ustalony porządek rzeczy, wszystko to zniknęło razem z szumem wody i drzew.

Ten dom wymaga innego rytmu, trybu życia, innych rozwiązań, których przyszłe kształty dopiero zaczynają się rysować w ogólnym chaosie. Do tego dochodzi całkiem fizyczna męka z rzeczami, które nadal szukają swojego miejsca i przekładane są to tu, to tam. Problemem też jest nasz domowy białas, Segalek, który nie chce przyjąć do wiadomości, że nie jest tu jedynie z wizytą i ciągle próbuje z łapy otwierać sobie drzwi na zewnątrz. Przy nieustającej mnogości osób kręcących się wte i wewte, elektryków, stolarza z pomocnikiem i Pana Marka Od Wszystkiego, te drzwi często są otwarte, więc biegam za każdym i je zamykam na klucz, aby za moment biec i kogoś wpuszczać. Za drzwiami jest podjazd z otwartą bramą, a za bramą jedna z najruchliwszych ulic…

Dostaję oczopląsu patrząc na nią przez kuchenne okno, więc podnoszę wzrok na korony drzew i niebo. Trochę pomaga. Brakuje mi ciszy. Mimo doskonałego wytłumienia, słyszę tę ulicę, słyszę też biegnącą nie tak daleko, z drugiej strony, 92-kę. M mówi, że jestem przeczulona, może faktycznie…? On zaaklimatyzował się tu zanim jeszcze się przenieśliśmy, a ja z Segalkiem, jak te sieroty ostatnie, problemy stwarzamy sobie nawzajem i innym. Gdyby żyła moja Babcia, bez ceregieli podsumowałaby taką moją gadaninę. Doskonale wiem, co i jak by powiedziała. Poszłoby mi w pięty. W zastępstwie mówię to sobie sama, ale nie wiem, gdzie to idzie…

A tu Święta blisko, coraz bliżej. 18-tego spada mi z nieba Bzdurka ze swoją szwedzką rodziną i wszystko musi być dopięte. Wigilia u mnie na 14 osób. Musi być dopięte.

Późnym wieczorem, gdy M na dyżurze, pozwalam sobie poużalać się nad sobą. Mimo, że mam ochotę na wcale nie symbolicznego, robię sobie wysmakowanego drinka, alkohol z melancholią.




piątek, 20 października 2017

 

Ogarnianie rzeczywistości jest bardzo czaso- i energochłonne. Na szczęście bywa też efektywne, czego wynikiem jest mój stan umiarkowanego samozadowolenia z tendencją zwyżkową. Jego istotnym czynnikiem jest postępujące zobojętnienie w temacie starego adresu, co być może nie najlepiej świadczy o mojej wrażliwości, ale znakomicie ułatwia życie. Do pewnego stopnia nawet czuję podziw dla sił własnych autosugestii, bo mózg swój poddałam praniu wyjątkowo bezkompromisowemu. Inna rzecz, że nie bardzo mam czas, żeby sobie przysiąść, przywołać, porozdrapywać... i efekt j.w.

Robię postępy w emocjonalnym zawłaszczaniu nowej rzeczywistości. Doskonałym posunięciem okazało się wymuszenie na M zamiany miejsc w małżeńskiej łożnicy o nazwie Barbados (proszę nie zadawać pytań- nie wiem...!), w wyniku czego to ja usypiam i budzę się z obrazem świerka na ulicy, a nie perspektywą na samcze, owłosione plecy M. Nie żebym narzekała na coś, uchowaj boże, ale nie czułam się komfortowo, gdy te plecy przysłaniały mi cały świat.

W kwestii świata - byliśmy romantycznie, jesiennie, oczywiście i nieodmiennie- w Kazimierzu. To miejsce ma magiczną moc; sprawia, że czuję się poukładana, z optymizmem patrzę w przyszłość, a spokój przenika mnie od adidasów po czubek potarganej głowy. Tylko cztery dni i tylko Kazimierz, a dla mnie wartość nie do przecenienia.

       

                                                          

              

                                                                                

Kontynuując wątek świata - posiłki spożywaliśmy w towarzystwie posłanki Gasiuk-Pihowicz, o ile tak można nazwać okołostolikowe sąsiedztwo. Posłankę też najwyraźniej przeniknął kojący duch Kazimierza, bo była wybitnie wyciszona i wycofana.

Na moje z gruntu pozytywne podejście do życia, niewątpliwie wpłynęła też taka oto czytelnicza pozycja:

     

W swojej naiwności myślałam, że wiem, co jest fajne, co mi sprawia przyjemność i co mnie odpręża, i- gupia - nie zdawałam sobie sprawy, że to nie takie zwykłe hop siup, jakieś nieważne zadowolenie, tylko HYGGE...!

Poza tym... nie czekam, gdy w sklepach, zanim dogasną zaduszkowe lampki, gruchną radosne Jingle bells i już zawczasu przygotowuję się do świąt. Choinki, co prawda, jeszcze nie mam, ale większość prezentów tak. I to jest dobry kierunek, w przyszłym roku zacznę kupować już od czerwca. Tym samym, można uznać, że postanowienia noworoczne też mam już z głowy.

A na koniec co...? Oczywiście ulubione Okienko Snajpera niemal z ostatniej wczorajszej chwili...

          

 


 



piątek, 01 września 2017

 

      

Zdarza mi się ni z tego ni z owego spojrzeć na M innymi oczami. Świeżymi oczami. Oczami kobiety nie będacej ani żoną, ani kochanką, ani nawet znajomą.

Widzę wtedy wysokiego, szczupłego mężczyznę, bruneta z przebłyskami siwizny, o południowej karnacji z niebieskawym odcieniem zapowiedzi zarostu i intensywnie niebieskimi oczami Alaina Delona. To one pierwsze mnie urzekły lata, lata temu, gdy jeszcze oboje tkwiliśmy w pierwszych małżeństwach.

Niezmiennie od lat w jeansach, białej koszuli z krótkimi rękawami i mokasynach. Wygląda w tym, jakby zszedł z planu zdjęciowego, na którym od niechcenia oparty o jakąś wypasioną brykę reklamował papierosy, albo jeszcze lepiej, koniak. Lekko, świeżo, niedbale elegancko.

Myślę sobie, że chciałabym znaleźć się w pobliżu tego mężczyzny. Sprawić, by zwrócił na mnie uwagę, żeby zainteresował się mną. Chciałabym mu się uderzeniowo spodobać, tak, by owładnąć jego myśli, tak, by szukał ze mną kontaktu. Chciałabym potem iść z nim trzymana za rękę i udawać, że nie widzę spojrzeń innych kobiet.

No właśnie, jego ręce... Mocne i kształtne, działają mi na wyobrażnię. Niesforne myśli podpowiadają mi sytuacje, w których mogłabym je poczuć, dowiedzieć się, jak to jest być przez nie dotykaną.

To wszystko dzieje się w parę sekund, może nawet mniej. Takie mgnienie, błysk oświetlający wszystkie emocje, fascynacje związane z M, nieco przytłumione codziennością. Przypominam sobie, że jestem z mężczyzną, którego kocham i który nadal mi się podoba. Już samo to wystarczy, by uważać się za szczęściarę.

W tyle głowy pojawia się niepokojąca myśl, czy on nadal widzi we mnie kobietę, w której się zakochał...? Czy o tym pamięta...? Obiecuję sobie głębiej schować bluzy, dresiki i wyjmować je tylko na okoliczność dyżurowych nieobecnośći M. Obiecuję sobie poprawiać makijaż, gdy M wraca do domu i częściej paradować w niekoniecznie wygodnych, ale podobających mu się łaszkach. Czyli - jak by nie patrzeć - podążać śladem Babci Hani, która dla swego Kazika stroiła się do kolacji... W każdym razie szlak przetarty i gdzieś tam w genach echem pobrzmiewa, a koszt chyba nie tak wysoki, by wspomóc przytrzymanie magii, nie pozwolić jej wyblaknąć i przy tym, jak najbardziej, być sobą...

                      ;)


piątek, 04 sierpnia 2017
                           .....
 Można wyzionąć ducha, ale jak lato, to lato. Przynajmniej będzie się pamiętać, że było.
Żebym się nie wiem jak starała, nie jestem w stanie przeciwdziałać opaleniźnie, która, jak wszyscy wiedzą, dewastuje, rujnuje, postarza i generalnie szkodzi. Ale nawet z iście chłopską opalenizną - nie narzekam...! Nawet kiedy szczerze wyznaję, że źle się śpi nocami. Balkon otwarty, okna w innych pomieszczeniach, drzwi do nich też i zamiast spektakularnych kłapnięć, i fruwających doniczek, martwa cisza. Zero podmuchu. Nawet firanka nie drgnie, zresztą nigdzie nie mam firanek. Duszę się i przyklejam albo do prześcieradła, albo do M, jedno i drugie jest... nieprzyjemne. Biorę prysznic co parę godzin, bo nie znoszę być spocona, chyba nawet mam lekką fobię w tym względzie.
O ile w międzyczasie nie roztopię się, częściowo wsiąkając w podłoże, a częściowo wyparowując, albo nie zamienię się w spaloną i obkurczoną skwarkę, to być może uda mi się jutro dojechać do Wrocławia. Będziemy tranzytem w drodze z-do, ale wymarzyłam sobie ten przerywnik, bo Wrocław jest od dawna na mojej liście. Myślę, że starczy nam czasu, aby skoczyć do afrykanarium, zerknąć na świat ze Sky Tower, no i oczywiście odzipnąć przy jakimś jedzonku na Rynku. Mam radochę, jakbym wybierała się do Wiednia, co najmniej.
Z aktualności:
błękitne niebo i niezmiennie interesujący widok z balkonu sypialni

... i słynny świerk, patrząc w drugą stronę

... i nasz nowy piesulek, trzymiesięczny synek ukochanego Czarnego Łepka, Gorana. Nazwaliśmy go Inwar :)
                                        no, niestety.
                                    Blox odmówił mi możliwości zamieszczenia jakiegokolwiek zdjęcia, jakim cudem tamte weszły...? Może Inwarek się nie podoba, bo nie w guście Bloxa...? :(



czwartek, 20 lipca 2017

Pozwalam się nieść codzienności.
Myślę nawet, że określenie "pozwalam" jest nieco na wyrost, bo zakłada istnienie pewnych przemyśleń i świadomych decyzji. A tak nie jest. Rano patrzę bezrefleksyjnie na sosnę w oknie balkonowym sypialni, co jest o tyle dobre, że nie zaczynam dnia od myśli gdzieś tam kołaczącej "co ty robisz tu"... W ciągu dnia nabijam kilometry w płaszczyźnie pionowej i poziomej domu. Lotnisko. Stukanie butów na posadzce jest niczym wyznaczający rytm metronom. Przystaję przy oknach, siedzę na tarasie, gapię się. Nie wypatruję, nie przyglądam się. Gapię się. Pętam się, bo nie mam swoich miejsc, mimo że wszystkie są moje.
Wiem, że nawet bez mojego świadomego udziału, pracują we mnie pewne siły, które zwalczają mgliste przekonanie, że z tamtym domem odeszły moje dzieci, całe ich dzieciństwo, dorastanie, wszystko to, co mnie łamało i podnosiło, moja tożsamość. Na nowej jeziornej działce nie ma domu i jeszcze długo nie będzie, co jest zresztą bez znaczenia. Niedaleko stoi tamten. Dużo się tam dzieje, zmiany. Odwracam wzrok, patrzę na swoje nowe jezioro, nową linię brzegową, nowe niebo. Kładę się na plecach i obserwuję teatr obłoków. "Wszystko płynie" - na niebie i na ziemi, przepływa, umyka, mija, przecież to takie naturalne.
Zaliczyliśmy drugie z kolei wesele, tym razem w Śremie. Bawiłam się doskonale, co, paradoksalnie, też jest wykładnikiem mojego aktualnego dryfowania. Podobnie jak to, że do Śremu wybraliśmy się bez jakiegokolwiek dokumentu tożsamości, bez praw jazdy, dokumentów auta. Wszystko grzecznie leżało na stoliku, co ze zdziwieniem zauważyliśmy, wchodząc do domu w okolicach czwartej rano...

Dziękuję losowi za M. To moja latarnia morska, busola, kompas, punkt odniesienia, constans. W przyszłym roku chcemy ufetować dziesięciolecie naszego  wspólnego życia. Myślę, że to najszczęśliwsze dziesięć lat w całym moim dorosłym życiu. Czy to nie wystarczający argument, aby starać się patrzeć na  wszystko przez ten właśnie pryzmat...?




czwartek, 22 czerwca 2017

 

... z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Myślałam, że "nie dla mnie szum samochodów", ale jak się okazuje, dla mnie. Czy tego chcę, czy nie. Do niedawna otwierałam oczy w letniej, magicznej porze przedświtu i widziałam w oknie i otwartym balkonie ciemne rysunki drzew. Ucho nieśpiesznie rozpoznawało pojedyncze, zaspane jak ja, głosy ptaków. Wiedziałam, który należy do kosa, a który do drozda, o ćwirach już nie wspomnę...

Teraz będę mogła specjalizować ucho w rozpoznawaniu marek samochodów. Pora wdzierania się bodźców słuchowych do świadomości pozostaje mniej więcej ta sama. Rysunki drzew, którymi obsadzona jest ulica, będzie mógł kontemplować M, jeśli akurat otworzy oczy o tej porze. Z mojego miejsca w sypialnianym łożu widzę tylko fragment okna, a zamiast drzew zawiły rysunek dębowych słojów boazerii na skosie i suficie...

Nienawidzę zlewozmywaka w kuchni, nie taki miał być.

Uwielbiam pokój telewizyjny, cały w drewnie, z okienkami w skośnej połaci dachu, wychodzącymi na zachód. W salonie telewizora niet i bardzo mi z tym dobrze.

I uwielbiam ogromny balkono-taras przy salonie, z sercem przeze mnie urządzony, zagospodarowany roślinami i światełkami, z którego lubię znad książki popatrywać na ogród i psy.

Czuję się nieco dziwnie w te długie czerwcowe dni. Krótkie noce kończą się, ledwie się zaczęły. Otwieram oczy na długo zanim odezwie się alarm w telefonie. Widzę rąbek jaśniejącego szybko okna i pokręcone ścieżki na ciepłym brązie desek. Słyszę narastający szum nadjeżdżającego samochodu - już dokądś pędzi, a może dopiero wraca...? Wtulam nos w plecy M, może jeszcze zasnę...

 

Nazywam je okienkiem snajpera. Włażę na kanapę stojącą poniżej i tak sobie stoję i się gapię...

poniżej - niebanalny widok z sypialnianego balkonu Zdaje się, początek cyklu ;)

Pelargonię kupiłam taką sobie, pierwszą lepszą. Odwdzięcza się pięknie za wodę z wsadem.

A to róże sąsiada, które wiedzą, co dobre i hurtowo przełażą przez pręty ogrodzenia na naszą stronę. My się cieszymy, a sąsiad je nocą przycina. Poza tym jest w porządku.


środa, 24 maja 2017

 

Dziwny ten dzień, słodko-gorzki. Ożywia wyrzuty sumienia za zakurzone zaniedbania, choć kto oczekiwałby refleksji u kilku, kilkunastolatki...? Żyje się z dnia na dzień, najpierw wypełnia się polecenia Pani, smaruje się laurkę, posłusznie składa się nieudolne życzenia. Potem, kilkunastolatka, ciągle jeszcze płaska, jak deska, pośpiesznie, zdawkowo cmoka ''starą" i już przebiera nogami, bo przed domem czekają chichotliwe, równie płaskie koleżanki i pryszczaci kumple...

To dzień dla bardzo dojrzałych matek i ich równie dojrzałych dzieci. Córek, które same są matkami i niejedną spektakularną klęskę w życiu przeżyły. Nigdy nie myślałam tyle o Mamie i Ojcu, gdy żyli. Potem myślałam niemal obsesyjnie. Nadal tak jest. Wspominam, analizuję, dokonuję odkryć, rozumiem.

Dwa przeciwieństwa, tak wizualnie, jak i charakterologicznie. Tak różni, że chyba tylko imię mieli wspólne. A ja pomiędzy. Tak naprawdę, oni cały czas są ze mną.

Z wiekiem dużo rzeczy mi obojętnieje. Obce mi jest emocjonalne, spędzające sen z powiek, chcenie tego czy owego. Przemawia do mnie i uspokaja mozolnie wypracowana konkluzja, że nie można mieć wszystkiego, a i tak, to "wszystko" szczęścia nie daje. Bardzo długo uważałam, że mój Ojciec był kimś w rodzaju abnegata, bo z konkluzją, do której ja doszłam dość późno, on chyba przyszedł na świat. Zrealizowany w życiu zawodowym, pracoholik technokrata, w domu nie potrzebował niczego poza fotelem ( w którym zasiadam, gdy mam korki z angielskiego), fajką z tytoniem Amfora, magnetofonem Tonette, na który nagrywał bardzo mnie wtedy irytujące jazzowe kociokwiki, płytami z muzyką poważną i hałdami książek. No i do tego jeszcze święty spokój. Zauważam, że idę w tę stronę. Chociaż nie palę fajki i nie mam Tonetki, tkwi we mnie idea i potrzeba świętego spokoju na pogrążanie się w swoim świecie.

U Mamy nigdy takich tendencji nie było, co więcej, walczyła z nimi u Ojca, a także u mnie, choć pewnie wtedy były ledwo zauważalne. Z Ojcem łączy mnie też podobieństwo w relacjach z ludźmi. Tak, jak on, nastawiona jestem na słuchanie i nie lubię się rozgadywać. Mam skłonność do udzielania aptekarsko wyważonych odpowiedzi ze skoncentrowanym przekazem i wkurza mnie, gdy ktoś tego nie rozumie, lub oczekuje więcej. Dokładnie taki był Ojciec, także w stosunku do mnie. Stawałam z rozdziawioną japą i analizowałam przekaz, przyswajałam, realizowałam i zachwycało mnie kiwnięcie ojcowską głową w geście aprobaty.

Ciągnie mnie też w kierunku ascetyczności Ojca. Nie tolerował wzorzystych zasłon, firanek w esy-floresy, obrusów we wściekłe wzory, a takim były wszystkie, które były choćby zauważalne. Odpadały też ściany w rzucik i wszelkiego rodzaju durnostojki. Z durnostojkami, przyznaję, poszłam jednak w Mamę, podobnie jak z kuchnią, w której wcale nie ma pustych blatów, a na parapecie wcale nie króluje ulubiona Ojca, schludna, oczywiście pojedyncza, sansaweria. Tak... Ojca rozumiałam bez słów, czułam, akceptowałam. Bez wątpienia byliśmy pokrewnymi duszami.

Mimo całej miłości nie mogę tego powiedzieć o Mamie. Wtedy była to trudna miłość. Dopiero w dorosłym życiu zrozumiałam, że nie było jej z nami lekko i mogła czuć się zepchnięta na margines. Była kolorowym, rozśpiewanym, rozgadanym ptakiem, ze szwankującą organizacją dnia codziennego. Produkowała chaos, ale poruszała się w nim sprawnie i bezstresowo, w odróżnieniu od nas. Dom był wypełniony głosem Mamy, nieustannymi pytaniami i ponagleniami do odpowiedzi, zawsze niezadowalających. I sporo krytyki, bo sama z wybitnie ścisłym umysłem, dawała upust rozczarowaniu, że córka nie do końca taka ścisła...

Mam Jej głos i sposób chodzenia. Tak jak Ona, wolę zrobić pieczeń, niż upiec ciasto. Tak, jak Ona śpiewam na głos w domu, ale tylko wtedy, gdy jestem sama. Tak, jak Ona, uwielbiam Sinatrę. Matką jestem zupełnie, zupełnie inną... I to jest bez znaczenia, bo brak mi Jej tak bardzo, że czasami brak tchu. A obraz Ojca z fajką, zatopionego w fotelu i patrzącego na mnie ponad książką, uspokaja mnie w rozedrganych chwilach.

Bardzo chaotyczne te migawki, choć obszerne, zważywszy moje standardy. Ślizgam się po temacie, który jest początkiem życia i życiem całym. Odbiór czytającego i tak będzie inny od obrazu, z którym zostałam. Nic na nim nie wyblakło. Nie ubyło miłości, przybyło tylko zrozumienia i żalu.

                         



czwartek, 04 maja 2017

 

Nie będę utyskiwać na brak grillowej pogody w majowy weekend, bo zewsząd robią to inni. Osobiście, majowe dni spędziłam w rozjazdach, a na drogę zdecydowanie wolę pochmurne niebo, więc byłam wręcz zadowolona. Byłam w Olsztynie i w Pabianicach, a wszystko to w bezpośrednim sąsiedztwie Janowa. A Janów za Częstochową. Odkryłam, bo nie miałam pojęcia o jego istnieniu, super relikt - ruiny zamku w Olsztynie. Plułam sobie w brodę, że polecieliśmy zdobywać szczyty, a telefony zostały w aucie. Nie uwieczniliśmy więc ani ruin, ani siebie na tle, ani nawet nie wydrapaliśmy ''byłam tu''...

Ruiny ruinami, a efektem podróży bardzo konkretnym jest 8-tygodniowy Rej, który, mam nadzieję, wyrośnie na wielkiego leonbergera, tak wielkiego i pięknego, jak nasz champion Drimek.

Aby dać świadectwo prawdziwości powiedzenia, że lepszy wróbel w garści niż coś tam, podróż odbywałam właśnie z wróblem, niejednokrotnie w garści. Znalazłam Ćwira osiem dni temu, malutkiego i golutkiego, bardziej podobnego do robala ze skrzydełkami, niż do ptaka. Wzięłam go bez nadziei, że go wyratuję, karmiłam i poiłam co dwadzieścia minut. Teraz jest luz, bo wystarczy co pół godziny, niemniej z tego względu i tak musiałam Ćwira wziąć ze sobą. Ćwir wyrósł i jak należało się spodziewać, okazał się wróblem. Jest już dość opierzony, poznaje mnie i przepada za siedzeniem w dłoni. Gdy przyjdzie pora na naukę latania, chyba trzeba będzie poglądowo ze stołu skakać...?

Końcówkę pierwszego majowego weekendu spędzam na przekonywaniu Reja, że nie musi skomleć na całą ulicę z przyległościami, co momentami mi się udaje. Niestety, mimo wysiłków, nie udaje mi się przekonać Ćwira do zaprzestania ćwierkania, więc chwilowo żywię niechęć do wszystkiego, co wróbla przypomina.

I jeszcze jedno, na jednym palcu, bo czas mnie goni. O tym, że przepadam za bolesławcem, przynajmniej wybranymi wzorami, wszyscy tu bywający, wiedzą. Ostatnio wynalazłam na allegro takie coś, marokańskie, tunezyjskie, arabskie itd i mi z głowy wyjść nie może. Tańsze niż bolesławiec, 23 cm średnica. Czy to ładne? Kupić? O radę proszę :)

 


 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11